Category: Mokslas

  • Peru nukrito meteoritui, žmones užklupo mįslinga liga: mokslininkai įvardijo kaltininką

    Peru nukrito meteoritui, žmones užklupo mįslinga liga: mokslininkai įvardijo kaltininką

    2007 metų rugsėjį Peru Anduose nuaidėjo bauginantis sprogimo garsas. Iš dangaus nukritęs kosminis objektas trenkėsi į žemę ir akimirksniu patraukė vietinių dėmesį. Tačiau dar didesnį nerimą sukėlė tai, kas vyko po smūgio: vos per kelias valandas žmonės, buvę netoli įvykio vietos, ėmė jausti keistus negalavimus. Juos vargino pykinimas, galvos svaigimas, kai kuriems prasidėjo kraujavimas iš nosies. Pasakojama, kad krito gyvuliai, o ore tvyrojo aitrus, dusinantis kvapas.

    Meteoritui pavyko pasiekti žemę

    Į žemę atsitrenkusi kosminė uoliena buvo apibūdinama kaip chondritas, o jos masė, kaip teigiama, siekė beveik 12 tonų. Smūgio vietoje susiformavo apie 6 metrų gylio ir maždaug 30 metrų skersmens krateris. Planetų geologams tai buvo išskirtinis atvejis, nes tokio tipo kūnai dažniausiai suyra ir sudega aukštesniuose atmosferos sluoksniuose dar nepasiekę paviršiaus.

    Smūgis buvo itin galingas – jis paliko ryškų piltuvą, o infragarsus užfiksavo net stebėjimo stotis Bolivijoje. Skaičiuojama, kad prieš įskriedamas į atmosferą objektas judėjo didesniu nei 43 tūkst. kilometrų per valandą greičiu. Rastos nuolaužos patvirtino, kad meteoritą sudarė chondritams būdingi mineralai, tokie kaip olivinas ir piroksenas.

    Krateris greitai prisipildė gruntinio vandens, kuris, kaip pasakojama, dėl po smūgio susidariusios aukštos temperatūros ėmė virti. Aplink mėtėsi tamsūs fragmentai, atrodę tarsi rūkstantys, o sieros kvapas tapo beveik nepakeliamas.

    Vėlesnės valandos priminė katastrofų filmo scenarijų. Carancas apylinkių gyventojai masiškai pranešinėjo apie sveikatos sutrikimus: galvos skausmus, akių bei odos dirginimą, pykinimą, vėmimą, kai kuriems pasireiškė kraujavimas iš nosies. Tuo pat metu pastebėtas ir didesnis ūkinių gyvūnų gaišimas. Vietiniai rinko meteoro nuolaužas kaip smalsų radinį, nesuvokdami galimos rizikos, o gandai apie „kosminį prakeiksmą“ ėmė plisti dar greičiau. Vis dėlto mokslininkai netrukus atmetė egzotiškesnes versijas ir ėmė ieškoti žemiškesnio paaiškinimo.

    Tikėtina priežastis – arsenikas

    Galiausiai labiausiai tikėtinu masinių negalavimų šaltiniu įvardytas arsenikas. Pagal šią versiją meteoro smūgis galėjo išlaisvinti šį toksišką elementą iš uolienų ir gruntinių vandenų, o jis, patekęs į aplinką ir garuodamas, galėjo paveikti žmones, buvusius arčiausiai epicentro. Toks paaiškinimas daugeliui tyrėjų pasirodė racionalus ir nuramino dalį visuomenės.

    Tuometinis meras Maximiliano Trujillo suorganizavo informacinį susitikimą maždaug 800 gyventojų, kuriame ekspertai aiškino incidento pobūdį. Vis dėlto, siekiant numalšinti įtampą, buvo pasitelktos ir vietos tradicijos – meras nurodė šamanui Marcialui Laurai Aruquipai atlikti aukojimo ritualą su jauna lama, kuris, vietinių įsitikinimu, turėjo „atbaidyti blogas jėgas“.

    Aplink kraterį buvo pastatyta tvora, teritorija kurį laiką saugota. Žiniasklaidos ir mokslininkų dėmesys pamažu slopo, o gyvenimas kaime po truputį grįžo į įprastas vėžes. Vis dėlto kai kurie klausimai liko atviri: daliai tyrėjų neįprastai aukšta nuolaužų temperatūra ir ryški sieros kvapo emisija iki šiol kelia abejonių. Ar arseniko hipotezė tikrai paaiškina viską – klausimas, į kurį vienareikšmio atsakymo neranda ne visi.

    Oficialiai atvejis laikomas iš esmės išaiškintu, tačiau Carancas gyventojams ir daliai skeptiškai nusiteikusių mokslininkų 2007 metų meteoro kritimas išlieka įsimintina mįslė. Šis įvykis ilgam pakeitė požiūrį į tai, kaip kosminės uolienos gali paveikti Žemės ekosistemas ir žmogaus sveikatą.

  • Starsze niż miasta, starsze niż język. 10 najstarszych przedmiotów zrobionych ludzką ręką

    Starsze niż miasta, starsze niż język. 10 najstarszych przedmiotów zrobionych ludzką ręką

    Przedmiot może być starszy niż Homo sapiens. Nie ma na nim liter ani dat, tylko ślady uderzeń i decyzji: ktoś dobrał kamień, nadał mu kształt, użył go w konkretnym celu. Te najdawniejsze artefakty to nie muzealne ciekawostki, lecz pierwsze dowody, że “ludzkość” zaczęła się od technologii – i od myślenia krok do przodu.

    W archeologii “wiek” rzadko jest jedną liczbą wyrytą w kamieniu. Datowanie może dotyczyć warstwy osadów, spalonego materiału organicznego obok znaleziska, minerałów narastających na powierzchni, a czasem całego kontekstu geologicznego. Do tego dochodzi proza: drewno i włókna zwykle gniją, więc historia jest stronnicza – pełna kamienia, kości i ceramiki, a uboga w to, co było najpraktyczniejsze na co dzień. Dlatego poniższa lista to 10 bardzo starych, dobrze opisanych artefaktów, które pokazują kolejne kroki rozwoju technologii i wyobraźni.

    Czytaj też: Najstarsze zwierzęta na Ziemi. Ślady sprzed 550 mln lat

    Kamienne narzędzia z Lomekwi (ok. 3,3 mln lat)

    To obecnie najsłynniejszy kandydat do miana “najstarszych znanych narzędzi kamiennych”: zestaw rdzeni, odłupków i “kowadeł” znalezionych w Kenii, datowany na około 3,3 mln lat. Są ciężkie, toporne, bardziej “młotkowe” niż finezyjnie retuszowane – ale kluczowe jest to, że noszą ślady celowego wytwarzania i użycia. To przesuwa początek technologii kamiennej głęboko w pliocen, zanim pojawił się Homo sapiens.

    Najciekawsze w Lomekwi jest to, że te narzędzia wyglądają jak technologia “w trakcie rodzenia się”: jeszcze bez elegancji, ale już z intencją. Badacze zwracają uwagę, że samo wytworzenie odłupka o ostrej krawędzi wymaga nie tylko siły, lecz także kontroli kąta uderzenia i doboru odpowiedniego surowca – a więc elementarnego planowania w działaniu. Nawet jeśli nie wiemy, do czego dokładnie służyły konkretne egzemplarze (rozłupywanie orzechów? obróbka drewna? rozcinanie tkanek?), ich obecność sugeruje, że presja środowiska zaczęła nagradzać tych, którzy potrafili zamieniać kamień w przewagę.

    Narzędzia olduwajskie z Gona (ok. 2,6-2,5 mln lat)

    Gona w Etiopii to klasyk: stanowiska z najstarszymi, pewnie datowanymi narzędziami stylu Oldowan, czyli prostymi odłupkami i rdzeniami, które dawały ostre krawędzie do cięcia. Niby prymitywne, ale rewolucyjne – bo ostrze z kamienia potrafi zrobić różnicę między padliną “do odzyskania” a padliną “do zmarnowania”.

    W porównaniu z Lomekwi, olduwajskie odłupki z Gona są bardziej o ostrzu: widać w nich nacisk na uzyskanie krawędzi tnącej, a nie tylko narzędzia do uderzania. To z kolei wiąże się z inną strategią życia – częściej mówi się o rozcinaniu mięsa, ścięgien i skóry, o dostępie do wysokoenergetycznego szpiku i o tym, że kamienne ostrza mogły zmieniać dietę oraz tempo rozwoju mózgu. Nawet jeśli te związki są złożone, sam fakt rozpowszechnienia podobnych narzędzi w wielu miejscach sugeruje, że przepis na Oldowan był na tyle skuteczny, iż stał się czymś w rodzaju technologicznego standardu epoki.

    Pięściak aszelski z Kokiselei (ok. 1,76 mln lat)

    Pięściak to narzędzie “z ambicją”: symetryczne, wielofunkcyjne, zaplanowane. Najstarsze znane przykłady takiej technologii pochodzą m.in. z Kokiselei 4 w Kenii i są datowane na około 1,76 mln lat. To już nie tylko “odłup, bo się przyda”, ale projektowanie kształtu z wyprzedzeniem.

    W pięściaku fascynująca jest nie tyle sama funkcja, co “myślenie formą”. Symetria nie jest przypadkowa: żeby ją osiągnąć, trzeba wykonać serię uderzeń w odpowiedniej kolejności, kontrolować grubość narzędzia i przewidywać, jak kamień będzie pękał. To sugeruje rozwój umiejętności przestrzennych i dłuższych sekwencji działań, które można uznać za krok w stronę bardziej złożonego uczenia się i przekazywania wiedzy. A ponieważ pięściaki spotyka się przez setki tysięcy lat i na ogromnym obszarze, wielu archeologów traktuje je jako dowód na trwałość “tradycji technologicznej” – czegoś, co przypomina najprostsze, wczesne kultury wytwarzania.

    Drewniane oszczepy ze Schöningen (ok. 300 tys. lat, możliwe młodsze)

    Schöningen w Niemczech dało coś, co rzadko przetrwało: kompletne drewniane bronie myśliwskie. Te oszczepy są dopracowane, wyważone, wykonane z konkretnych gatunków drewna – i pokazują, że polowanie było operacją zespołową i technologiczną, nie tylko “szczęściem”. Co ważne, ich dokładny wiek jest dyskutowany: długo mówiło się o ~300-400 tys. lat, potem częściej o ~300 tys., a nowsze prace sugerują możliwe “odmłodzenie” nawet o około 100 tys. lat. To dobry przykład, że archeologia potrafi zmienić datę bez zmiany samego przedmiotu.

    Nawet jeśli spór o datowanie będzie się jeszcze toczył, sama jakość wykonania oszczepów jest kluczowa: drewno zostało obrobione tak, by broń miała odpowiednią sprężystość i stabilność lotu, a środek ciężkości bywa przesunięty podobnie jak w późniejszych oszczepach sportowych. To nie jest “kij”, tylko narzędzie zaprojektowane pod konkretny scenariusz polowania. A to prowadzi do większej opowieści o tym, jak technologia broni zmienia relacje z otoczeniem: polowanie na większe zwierzęta wymaga planu, współpracy, komunikacji i prawdopodobnie ról w grupie. W takim sensie oszczep jest nie tylko przedmiotem, ale też świadkiem rozwoju społecznego.

    Pierwszy klej: smoła/brzozowa dziegieć Neandertalczyków (ok. 200 tys. lat)

    Klej to niedoceniany wynalazek cywilizacji: pozwala łączyć materiały w narzędzia złożone (np. kamienny grot + drewniany drzewiec). Są dane wskazujące, że Neandertalczycy używali dziegciu/smoły jako spoiwa już ok. 200 tys. lat temu, a odtworzenie procesu pokazuje, że nie musiało to być “przypadkowe odkrycie”, a raczej kontrolowane działanie i znajomość właściwości materiału.

    Wytworzenie dziegciu z kory brzozowej to chemia w wersji paleolitycznej: trzeba doprowadzić do suchej destylacji, czyli podgrzać materiał w warunkach ograniczonego dostępu tlenu, tak by nie spłonął, tylko “wypuścił” lepkie frakcje. To oznacza kontrolę ognia nie tylko jako źródła ciepła, ale jako narzędzia procesu. W praktyce taka technologia otwiera drzwi do całej klasy wynalazków: od osadzania ostrzy w rękojeściach po naprawy i wzmacnianie konstrukcji. Klej jest tu ukrytym bohaterem: sam w sobie bywa niewidoczny, ale bez niego wiele “sprytnych” narzędzi po prostu nie działa.

    Najstarsze biżuterie z muszli: paciorki ze Skhūl/Qafzeh (ok. 100 tys. lat)

    Kiedy pojawia się ozdoba, pojawia się też komunikat: “kim jestem”, “do kogo należę”, “co znaczą dla mnie inni”. Jednymi z najstarszych znanych paciorków są perforowane muszle ze stanowisk w Izraelu (m.in. Skhūl i Qafzeh), datowane na ok. 100 tys. lat. To nie narzędzie do przetrwania, tylko narzędzie do bycia wśród ludzi.

    Te muszle są ważne właśnie dlatego, że “nie muszą istnieć” – a jednak ktoś poświęcił czas, by je dobrać, przewiercić, nosić i prawdopodobnie pokazywać. W tym sensie paciorek jest jak miniaturowa deklaracja: o statusie, o przynależności, o relacjach, a może o żałobie lub rytuale. Co więcej, wybór muszli i ślady użytkowania sugerują, że nie były to przypadkowe znaleziska z plaży, tylko elementy celowo gromadzone i wykorzystywane przez dłuższy czas. To drobny przedmiot, ale wielka zmiana: pojawia się myślenie symboliczne, które później eksploduje w sztuce, mitach i religii.

    Zestaw do produkcji ochry z Blombos (ok. 100 tys. lat)

    Blombos Cave w RPA to kopalnia dowodów na “nowoczesne zachowania” Homo sapiens. Jedno z najbardziej namacalnych znalezisk to “warsztat” do wytwarzania i przechowywania mieszaniny bogatej w ochrę: pigment, rozdrabniany i łączony z innymi składnikami, a następnie magazynowany m.in. w muszlach uchowca. Po co? Nie wiemy na pewno – ale hipotezy obejmują dekorację ciała, ochronę skóry czy zastosowania technologiczne. Ważne jest samo “myślenie procesem”: pozyskaj surowiec, przerób, wymieszaj, przechowaj.

    W praktyce ten “zestaw” jest dowodem na coś, co w archeologii bywa rzadkie: na recepturę. Pigment nie był tu efektem jednorazowego zdarzenia, tylko produktem wytwarzanym etapami, z magazynowaniem i prawdopodobnie z intencją późniejszego użycia. To przesuwa nas od prostego korzystania z zasobów do zarządzania nimi w czasie – a to jest fundament techniki, rzemiosła i w końcu gospodarki. Niezależnie od tego, czy ochra trafiała na skórę, przedmioty czy ściany, sam fakt “przygotowania zapasu” mówi o planowaniu, które wykracza poza tu i teraz.

    Rysunek z ochry na krzemieniu z Blombos (ok. 73 tys. lat)

    Ten artefakt jest mały, ale symbolicznie ogromny: fragment krzemienia z narysowanym, kratkowanym wzorem wykonanym ochrą. Publikacja w Nature opisuje go jako najstarszy znany przykład rysunku wykonanego “kredką” z pigmentu, datowany na ok. 73 tys. lat. To już nie ryt czy grawerunek, tylko gest rysowania – a więc inny rodzaj intencji i inny rodzaj śladu po myśli.

    Wzór sam w sobie może wydawać się prosty, ale jego znaczenie tkwi w tym, że jest abstrakcyjny: to nie zwierzę ani narzędzie, tylko znak. Taki znak może pełnić wiele funkcji – od dekoracyjnej, przez “notatkę”, po symbol grupowy – i nie mamy pewności, która z nich jest prawdziwa. Ale nawet jeśli nie odczytamy sensu, widzimy coś bardzo ludzkiego: potrzebę utrwalania idei poza własną głową. Rysunek jest też dowodem na sprawność manualną i kontrolę narzędzia pigmentowego; to mały krok techniczny, który robi wielką różnicę kulturową.

    Sznurek Neandertalczyków z Abri du Maras (ok. 50 tys. lat)

    Archeologia długo była “kamienio-centryczna”, bo włókna znikają. Tym cenniejszy jest drobiazg z francuskiego Abri du Maras: fragment skręconego, wielopasmowego sznurka, zachowany na narzędziu kamiennym i datowany na ok. 50 tys. lat. Sznurek oznacza całą niewidzialną infrastrukturę: wiązanie, dźwiganie, mocowanie, sieci, torby, pułapki. I – tak – sporo planowania krok po kroku.

    Sznurek to technologia, która nie robi wrażenia w gablocie, ale robi różnicę w życiu. Żeby go wytworzyć, trzeba pozyskać włókna (np. roślinne), oczyścić je, rozdzielić na pasma, skręcić w nici, a potem często złożyć w mocniejszą linę – to długi łańcuch czynności, którego nie da się “zrobić przypadkiem”. Co więcej, sznurek natychmiast zwielokrotnia możliwości innych narzędzi: pozwala mocować ostrza, budować pułapki, wiązać ładunki, a nawet konstruować schronienia. Jeśli kamień jest ikoną paleolitu, to sznurek jest jego brakującym szkieletem.

    Igła z oczkiem z Denisowej Jaskini (ok. 50 tys. lat)

    Igła z oczkiem to technologia “precyzji”: nie tylko ostrze, ale narzędzie do szycia, a więc do dopasowanych ubrań, ochrony termicznej i mobilności w chłodnym klimacie. W Denisowej Jaskini na Syberii znaleziono igłę z kości (opisywaną jako najstarsza tego typu), datowaną na ok. 50 tys. lat. To jeden z tych przedmiotów, które mówią wprost: ludzie przestali jedynie znosić środowisko – zaczęli je “negocjować” strojem.

    Igła sugeruje też istnienie całego “pakietu” technologicznego, którego nie widać w samym znalezisku: nici (ze ścięgien, włókien roślinnych lub włosia), umiejętności obróbki skór, krojenia, dopasowywania i napraw. Szycie to nie luksus – w zimnym klimacie może być warunkiem przeżycia, bo dopasowane ubranie izoluje lepiej niż luźno zarzucona skóra. W tym sensie igła jest jak podpis pod zdaniem: człowiek nauczył się nie tylko wytwarzać narzędzia, ale też projektować własne “mikrośrodowisko” na ciele. To technologia intymna, ale o cywilizacyjnym ciężarze.

  • Mįslingas vikingų miestas Baltijos saloje: tyrėjai rodo į Wolin ir Jomsborgo pėdsakus

    Mįslingas vikingų miestas Baltijos saloje: tyrėjai rodo į Wolin ir Jomsborgo pėdsakus

    Ar įmanoma, kad legendinis vikingų miestas iš tiesų slėpėsi Baltijos jūros saloje dabartinėje Lenkijoje? Tokios išvados ryškėja mokslininkams analizuojant įrodymus, siejamus su gyvenviete, sagose ir kronikose vadinama Jomsborgu. Beveik mitiniu laikytas miestas esą galėjo būti svarbus laivybos ir prekybos centras, jungęs tvirtovės, prekybinės gyvenvietės ir uosto funkcijas. Nenuostabu, kad jo ieškota dešimtmečius.

    Zdingęs vikingų miestas: Jomsborgo paieškų istorija

    Iki šiol Jomsborgas daugiausia buvo žinomas iš vėlesnių šaltinių – kronikų ir šiaurės sagų. Pirmą kartą jis minimas XII amžiuje kaip svarbi X amžiaus tvirtovė, apibūdinama kaip karių būstinė ir strategiškai reikšmingas bastionas prie jūros. Pasakojimuose šis miestas vaizduojamas ir kaip gyvybingas prekybos centras.

    Tačiau spalvingi aprašymai ilgą laiką nepadėjo tiksliai nustatyti vietos. Dėl to nemaža dalis istorikų Jomsborgą vertino veikiau kaip legendą, o ne realų tašką žemėlapyje.

    Naujas etapas paieškose prasidėjo kiek netikėtai – ruošiantis statyti apžvalgos bokštą viešajame parke Wolin saloje. Archeologai, tarp jų ir dr. Wojciechas Filipowiakas iš Lenkijos mokslų akademijos Archeologijos ir etnologijos instituto, atkreipė dėmesį, kad po smėlio sluoksniu gali slypėti gerokai senesnės struktūros.

    Vykdant tyrimus aptikta įvairių radinių ir konstrukcinių elementų, kurie gali rodyti buvus plačią gyvenvietę bei X amžiaus gynybinę struktūrą. Tai sutaptų su datavimu, minimu rašytiniuose šaltiniuose.

    Ypač intriguoja objektai, aptikti Kartuvininkų kalvoje į pietus nuo dabartinio Wolin miesto. Tai vienas didžiausių ankstyvųjų viduramžių kapinynų Šiaurės Europoje, anksčiau labiausiai žinotas dėl laidojimo apeigų ir kapų tyrimų.

    2021–2022 metų darbų metu čia rasta ne tik gerai išlikusių pilkapių, bet ir formų, kurios akivaizdžiai skiriasi nuo įprastų laidojimų: linijiniai sampilai, žiedinės formos struktūros, židinių pėdsakai bei medienos fragmentai. Tai leidžia svarstyti, kad šioje vietoje galėjo būti statinių ar įtvirtinimų elementų.

    Baltijos sala ir ginčai mokslo bendruomenėje

    Tyrėjų teigimu, šie neįprasti radiniai gali reikšti, kad kapinyno papėdėje buvo įtvirtinta struktūra – galimas centras, aplink kurį ir galėjo formuotis kronikose aprašytas „miestietiškas“ gyvenimas. Jei hipotezė bus patvirtinta papildomais tyrimais, tai galėtų reikšti, kad archeologai aptiko Jomsborgo pėdsakus arba kitos, panašaus pobūdžio gyvenvietės liekanas.

    Iki šiol daug žinių apie vikingų ryšius su Baltijos regionu ir slavų žemėmis buvo paremta tekstais bei sagomis, užrašytomis praėjus šimtmečiams po aprašomų įvykių. Todėl realaus miesto–tvirtovės egzistavimo patvirtinimas suteiktų išskirtinę galimybę geriau suprasti X amžiaus Šiaurės Europos kasdienybę, prekybą ir karinius aspektus.

    Tai taip pat padėtų aiškiau pamatyti, kokie sudėtingi ir daugiakultūriai galėjo būti centrai, kuriuose persipynė skandinaviškos, slaviškos ir germaniškos įtakos.

    Nors mokslinėje bendruomenėje nuomonės dėl tiesioginio Wolin salos ryšio su legendiniu Jomsborgu vis dar išsiskiria, iki šiol surinkti duomenys daliai tyrėjų atrodo pakankamai įtikinami, kad hipotezė būtų toliau tikrinama.

    Šioje vietoje jau veikia archeologinis parkas, atviras lankytojams. Šių metų sezonas jame turėtų prasidėti kovo 28 dieną.

  • Prahoje aptikti pradingę Enigmos įpėdinės SG-41 nurodymai: ginklas, galėjęs apgauti sąjungininkus

    Prahoje aptikti pradingę Enigmos įpėdinės SG-41 nurodymai: ginklas, galėjęs apgauti sąjungininkus

    Praėjus daugiau nei aštuoniasdešimčiai metų po Antrojo pasaulinio karo pabaigos, tyrėjai Čekijos sostinėje aptiko išskirtinį radinį, susijusį su karinės kriptografijos istorija. Prahoje rasti dingusiais laikyti vokiečių šifravimo aparato „Schlüsselgerät 41“ (SG-41) naudojimo nurodymai. Šis įrenginys paskutiniais karo metais turėjo pakeisti garsiąją „Enigma“ ir smarkiai apsunkinti sąjungininkų pastangas perimti bei iššifruoti Vokietijos karinę komunikaciją.

    Kriptografijos lenktynės Antrojo pasaulinio karo metais

    Šie dokumentai dešimtmečius buvo laikomi prarastais. Jų atradimas leidžia istorikams ir kriptologams geriau suprasti, kaip karo metu vystėsi Vokietijos šifravimo technologijos ir kaip stipriai Trečiasis reichas siekė sustiprinti ryšio sistemų saugumą, kai paaiškėjo, jog ankstesni sprendimai nebėra tokie patikimi, kaip manyta.

    Antrojo pasaulinio karo metu pagrindinis vokiečių ryšių šifravimo įrankis buvo „Enigma“ – elektromechaninis įrenginys, kuriame šifravimas buvo keičiamas besisukančių rotorių sistema. Kiekvienas klavišo paspaudimas keisdavo tolesnių raidžių kodavimo principą. Galimų konfigūracijų skaičius buvo milžiniškas – apie 158 trilijonus kombinacijų, todėl Vokietija šį šifrą laikė praktiškai neįveikiamu.

    Vis dėlto dar 1932 m. Lenkijos Šifrų biuro kriptologai, tarp jų ir Marian Rejewski, sugebėjo atkurti aparato veikimo principą ir sukurti šifro laužymo metodus. Vėliau ši informacija buvo perduota sąjungininkams ir tobulinama, be kita ko, Didžiosios Britanijos centre Bletchley Park. Sąjungininkų sėkmė paskatino Vokietijos vadovybę ieškoti naujų, pažangesnių kriptografinių sistemų.

    „Schlüsselgerät 41“ – šifras, turėjęs pranokti „Enigma“

    Vienas tokių projektų buvo SG-41. Šis įrenginys 1943 m. buvo sukurtas kaip galimas „Enigma“ įpėdinis. Konstrukcija buvo gerokai sudėtingesnė: vietoj klasikinių rotorių panaudotas krumpliaračiais ir sudėtingomis mechaninėmis schemomis paremtas mechanizmas, turėjęs ženkliai padidinti šifravimo saugumą.

    Naujasis sprendimas turėjo būti atsparesnis sąjungininkų taikytiems kriptologiniams metodams ir teoriškai galėjo rimtai apsunkinti vokiškų karinių pranešimų perėmimą bei iššifravimą. Tačiau projektas nebuvo įgyvendintas plačiu mastu. Karo pabaigoje gamybą ribojo pramoniniai sunkumai ir žaliavų trūkumas, todėl buvo pagaminta tik nedaug šio aparato egzempliorių.

    Naujausias atradimas Prahoje susijęs būtent su šios retos mašinos instrukcijomis. Dėl jų stokos ilgą laiką buvo sudėtinga iki galo suprasti, kaip tiksliai veikė SG-41.

    Rastuose dokumentuose pateikiami išsamūs įrenginio konfigūravimo aprašymai, šifravimo procedūros ir naudojimo metodai, kurių laikėsi vokiečių operatoriai. Dabar tyrėjai gali tiksliau atkurti algoritmus ir mechanizmus, kuriais buvo paremta ši kriptografinė sistema.

    Atradimas svarbus ne tik Antrojo pasaulinio karo istorikams, bet ir kriptografijos istorijos specialistams. Instrukcijų analizė gali padėti rekonstruoti SG-41 veikimą ir įvertinti, ar įrenginys iš tiesų buvo toks pažangus, kaip tikėjosi jo kūrėjai. Kai kurie tyrėjai pabrėžia, kad jei aparatas būtų buvęs įdiegtas anksčiau ir pagamintas didesniais kiekiais, jis galėjo ženkliai apsunkinti sąjungininkų galimybes perimti ir iššifruoti vokiečių depešas.

    Šaltinis: „Cryptologia“.

  • „Varšuvos universiteto“ archeologų sensacija Sudane: rastas įsakymas įrodo legendinio karaliaus egzistavimą

    „Varšuvos universiteto“ archeologų sensacija Sudane: rastas įsakymas įrodo legendinio karaliaus egzistavimą

    Lenkijos archeologai Sudane padarė svarbų atradimą, atskleidžiantį iki šiol nežinotus Nubijos regiono istorijos faktus ir patvirtinantį valdovo, ilgai laikyto pusiau legendiniu, egzistavimą. Kasinėdami senojo miesto Stara Dongola griuvėsiuose, mokslininkai aptiko arabišką dokumentą, kuriame minima karaliaus Qašqašo valdžia.

    Atradimą padarė „Varšuvos universiteto“ Viduržemio jūros archeologijos centro komanda, jau daugelį metų vykdanti tyrimus šiame objekte.

    Radinys datuojamas XVI–XVII amžių sandūra ir buvo aptiktas įspūdingoje rezidencinės paskirties statinio teritorijoje. Vietos gyventojai šį pastatą iš kartos į kartą vadino Karaliaus namu. Kasinėjimų metu archeologai rado daugiau kaip dvidešimt arabų kalba surašytų dokumentų. Tarp jų buvo ir rašytinis įsakymas, išleistas karaliaus Qašqašo vardu. Pats dokumentas aptiktas buvusio sąvartyno sluoksniuose, kur šimtmečius išliko kartu su kitais tekstų fragmentais ir kasdienio gyvenimo daiktais.

    Tyrėjai pabrėžia, kad rastas rankraštis turi didelę istorinę reikšmę. Qašqašo figūra iki šiol buvo žinoma tik iš žodinių pasakojimų ir trumpų užuominų vėlesniuose rašytiniuose šaltiniuose, todėl dalis istorikų jį laikė labiau legendos personažu nei realiu valdovu. Įsakymas, pasirašytas jo vardu, laikomas pirmuoju tiesioginiu įrodymu, patvirtinančiu šio valdovo egzistavimą. Dokumentas taip pat leidžia geriau suprasti tuometinės valstybės valdžios funkcionavimą ir visuomeninius santykius.

    Lenkijos mokslininkai – svarbaus atradimo pėdsakais Sudane

    Rastas raštas rodo ir kultūrinius pokyčius, vykusius regione tuo laikotarpiu. Arabų kalbos vartojimas administraciniuose dokumentuose atskleidžia augančią šios kalbos reikšmę bei stiprėjusius arabizacijos ir islamizacijos procesus šiaurinėje Sudano dalyje. Mokslininkų teigimu, tokie šaltiniai yra itin vertingi, nes padeda atkurti politines ir socialines transformacijas, kurios ne visada atsispindi kituose istoriniuose liudijimuose.

    Stara Dongola viduramžiais buvo Makurijos karalystės sostinė – viena svarbiausių senosios Nubijos valstybių, ilgus šimtmečius buvusi reikšmingu regiono politiniu ir religiniu centru. Lenkijos archeologai čia tyrimus vykdo daugiau kaip šešis dešimtmečius, palaipsniui atverdami naujas miesto istorijos ir jo gyventojų kasdienybės detales.

    Šis dokumentas turi ir simbolinę reikšmę viso regiono praeities tyrimams. Tai, kad vietos bendruomenė pastato griuvėsius vadino Karaliaus namu, rodo, jog šimtmečius gyvuojančios tradicijos ir žodiniai pasakojimai gali saugoti autentiškus istorijos fragmentus. Radinys patvirtina ne tik konkretaus valdovo egzistavimą, bet ir vietos istorinės atminties vertę, išlikusią gyventojų pasakojimuose per daugelį kartų.

    Šaltinis: „Nauka w Polsce“

  • Po viduramžių tvirtove šiaurės Anglijoje aptiko slaptą branduolinį bunkerį: kas ten buvo?

    Po viduramžių tvirtove šiaurės Anglijoje aptiko slaptą branduolinį bunkerį: kas ten buvo?

    Šiaurės Anglijoje, viduramžių tvirtovės teritorijoje, archeologai aptiko požeminį bunkerį, kuris turėjo suteikti apsaugą branduolinio konflikto atveju. Požeminė konstrukcija rasta vykdant archeologinius tyrimus Scarborough Castle teritorijoje. Ilgą laiką ši vieta buvo paslėpta po žeme, o tik neseniai atlikti tyrimai leido vėl atidengti įėjimą.

    Bunkeris iš Šaltojo karo laikų – viduramžių tvirtovėje

    Nors pati tvirtovė pastatyta viduramžiais, bunkeris įrengtas gerokai vėliau – Šaltojo karo metais. 7-ajame praėjusio amžiaus dešimtmetyje suprojektuotas objektas buvo nacionalinės sistemos dalis, skirtos stebėti galimo branduolinio smūgio pasekmes. Jungtinėje Karalystėje tokių įrenginių buvo pastatyta apie 1,5 tūkst.

    Jų paskirtis buvo fiksuoti atominių sprogimų požymius, vertinti radiacijos sklaidą ir perduoti duomenis į centrinius vadovavimo centrus.

    Aptiktame objekte, kaip manoma, turėjo dirbti „Royal Observer Corps“ – civilinės gynybos organizacijos – atstovai. Šaltojo karo metu ji buvo atsakinga už oro erdvės stebėseną ir informacijos apie galimo branduolinio smūgio padarinius rinkimą. Organizacijos nariai naudojo specialius matavimo prietaisus, o kilus konfliktui būtų turėję registruoti bombų smūgio vietas ir radioaktyvios taršos lygį.

    Tokie požeminiai postai buvo projektuojami taip, kad galėtų veikti net ekstremaliomis sąlygomis. Paprastai jie turėdavo siaurą šachtą, vedančią kelis metrus po žeme, ir mažą operacinę patalpą su matavimo įranga, ryšio priemonėmis bei minimalia infrastruktūra keliems žmonėms. Pavojaus atveju įgula kurį laiką galėjo likti viduje, fiksuodama duomenis apie sprogimus ir taršą.

    Vienas iš maždaug 1,5 tūkst. tokių objektų

    „English Heritage“ ekspertai bunkerį aptiko po tyrimų, kuriuos lydėjo archyvinių žemėlapių analizė ir geofizinių duomenų vertinimas. Atidengus įėjimą, į vidų buvo nuleistos kameros – taip patikrinta objekto būklė ir užfiksuotos išlikusios detalės. Manoma, kad konstrukcija buvo uždaryta ir užversta žemėmis 1968 metais, o laikui bėgant tiksli jos vieta tapo nežinoma net istorikams.

    Šis radinys simboliškas ir dėl pačios vietos istorijos – kalva kaip stebėjimo taškas naudota tūkstančius metų. Čia, kaip nurodoma, skirtingais laikotarpiais buvo bronzos amžiaus gyvenvietė, romėnų signalų stotis, vėliau iškilo viduramžių tvirtovė, o Antrojo pasaulinio karo metais buvo įrengta pakrantės artilerijos baterija. Šaltojo karo laikotarpiu šią ilgą istoriją papildė ir betoninis bunkeris, parengtas galimam branduoliniam konfliktui.

    Šis atradimas taip pat primena, kaip rimtai XX amžiaus antroje pusėje buvo vertinama branduolinio karo grėsmė. Didžiausio aktyvumo metu „Royal Observer Corps“ vienijo daugiau nei 20 tūkst. savanorių, kurie konfidencialiai ruošėsi blogiausiam scenarijui – pasauliniam branduoliniam konfliktui.

  • Władze ukrywały przed społeczeństwem, że kobiety pracują w wywiadzie. Fifi była jedną z najlepszych

    Władze ukrywały przed społeczeństwem, że kobiety pracują w wywiadzie. Fifi była jedną z najlepszych

    Podczas II wojny światowej na zlecenie tajnych służb Marie Christine Chilver sprawdzała, czy szkoleni w Anglii szpiedzy umieją trzymać język za zębami. Dopiero dziś Brytyjczycy poznają historię kobiet współpracujących z wywiadem, bo po wojnie nie należały im się ani wdzięczność, ani sława.

    W dżdżysty wrześniowy dzień 1942 roku w jadalni hotelu Humby w brytyjskim Leicester pracownik pewnej firmy ubezpieczeniowej dosiadł się do stoli-ka atrakcyjnej Francuzki. Nieznajomi zaczęli rozmowę od narzekania – jak to w Anglii – na kiepską pogodę. Śniadanie złożone z cienkich tostów i pomarańczowej marmolady szybko się skończyło, a wtedy Mademoiselle X i Mr Y – tak ich na razie nazwijmy – przeszli do hotelowego salonu. Mr Y zadawał sporo pytań. Okazało się, że Francuzka zajmuje się dziennikarstwem. Mlle X chętnie opowiadała o sytuacji w okupowanej Francji. Następnego dnia znów zjedli razem śniadanie i umówili się na wspólny powrót pociągiem do Londynu. Rozstali się na dworcu St. Pancras i nigdy więcej się nie zobaczyli. W rzeczywistości ich spotkanie było tylko pozornie przypadkowe. On nie zajmował się ubezpieczeniami, a ona – dziennikarstwem.

    MADEOISELLE X

    Mr Y był agentem SOE (Special Operations Executive – po polsku Kierownictwo Operacji Specjalnych), komórki wywiadowczej stworzonej z inicjatywy Winstona Churchilla w 1940 roku. SOE miało wspomagać ruch oporu w okupowanej Europie.

    Tamtego wrześniowego dnia Mr Y otrzymał trudne zadanie. Miał, nie wzbudzając podejrzeń, sprawdzić, czy zatrudniona przez SOE na trzymiesięczny okres próbny 22-letnia Mlle X nadaje się do pracy w kontrwywiadzie.

    Oboje doskonale zagrali swoje role. Mlle X najprawdopodobniej nie domyśliła się, że Mr Y jest agentem, a opowiadając o sobie zgodnie ze scenariuszem wymyślonej dla niej w SOE legendy, nie popełniła błędu. Mr Y napisał później w raporcie, że stażystka jest niezwykle inteligentna, rozmowna, ale ostrożna, w związku z czym bez zastrzeżeń ją rekomenduje.

    I tak zaczęła się trwająca ponad 3 lata misja Mlle X, dzięki której brytyjscy agenci uniknęli z pewnością wielu wpadek na terenie wroga. Co dokładnie robiła Mlle X? Wcieliła się w rolę podobną do tej, którą odegrał przed nią Mr Y w Leicester. Dostała pseudonim Fifi i została agentką prowokatorką (po franc. agent provocateur – takiego określenia używa-no wtedy w brytyjskich służbach specjalnych – przyp. red.). Jak przyznawali jej przełożeni, był to eksperyment. Chodziło o sprawdzanie własnych szeregów, zanim agenci znajdą się na terenie Francji. Fifi próbowała sprowokować przyszłych szpiegów do gadulstwa. Wszystkie zaaranżowane przez centralę spotkania opisy-wała później w raportach.

    Nikt – z wyjątkiem trzech przełożonych w SOE, którzy dziś już nie żyją – nie znał prawdziwej tożsamości agentki prowokatorki. Po rozwiązaniu w 1945 roku tajnej armii premiera o jej wojennych zasługach zapomniano.

    NIE TAKA GŁUPIA BLONDYNKA

    Dopiero kilka tygodni temu brytyjskie archiwa National Archives odtajniły około  3 tys. teczek pracowników SOE, a wśród nich dokumenty dotyczące Fifi. Dziś już wiemy, że „prowokatorką” była Marie Christine Chilver. Urodziła się w Wielkiej Brytanii, ale wychowała na Łotwie, gdzie jej ojciec, Brytyjczyk, był korespondentem „Timesa”. Christine skończyła niemieckojęzyczną szkołę w Rydze, a później studiowała na paryskiej Sorbonie, dlatego znakomicie znała niemiecki i francuski. Kiedy wybuchła wojna, uciekła z obozu internowania w Besançon i przedostała się do Wielkiej Brytanii. Potrzebowała pieniędzy, dlatego sama zwróciła się do władz z propozycją współpracy. Przekonywała, że nie dba o ryzyko, a jej umiejętności językowe mogą się przydać.

    We wrześniu 1942 roku, kiedy w Leicester spotkała Mr Y, miała już nową francuską tożsamość i paszport sfałszowany przez speców z SOE. Grała rolę Christine Collard, francuskiej dziennikarki, której ojciec był handlarzem drewna, a matka Rosjanką.

    Nie przeszła specjalnego szkolenia. Jej umiejętności oceniano na tyle wysoko, że pracę zaczęła od razu. Bardzo szybko zasłużyła na  miano „naszej specjalnej agentki”, jak nazywa-no ją w poufnej korespondencji w centrali SOE. Jej działalność nie miała jednak nic wspólnego z przygodami „dziewczyn Bonda” i innych bohaterek filmów szpiegowskich, które rozgrywają się zazwyczaj w modnych kasynach Monte Carlo i Estoril. Fifi podróżowała po najbardziej zapadłych brytyjskich miasteczkach, zatrzymywała się w kiepskich hotelach i tam spotykała swoje „ofiary”. Byli to młodzi ludzie, którzy wcześniej odbyli szkolenie w tajnym ośrodku SOE i przed zagraniczną misją czekało ich już tylko 96-godzinne ćwiczenie w terenie. Tam – pozornie przypadkiem – wpadała na nich Fifi. A oni nie mieli nawet pojęcia, że ta czarują-ca dziennikarka o blond włosach, która miło z nimi gawędzi, właśnie przeprowadza decydujący o ich najbliższej przyszłości egzamin.

    Wcześniej Fifi otrzymywała krótkie charakterystyki swoich „studentów”. Były tak pobieżne – z nadesłanych opisów wynikało jedynie, że ktoś ma np. krzywe przednie zęby, ogromne stopy, włosy zaczesane do tyłu i wąskie usta – że można się dziś zastanawiać, jak Fifi potrafiła w ogóle rozpoznać wskazane przez centralę osoby…

    Napotkani mężczyźni, oszołomieni urodą i elokwencją Fifi, szybko ulegali jej czarowi. Rozwiązywały im się języki. Czasem wystarczała jedna dłuższa rozmowa, aby ocenić zdolności początkujących wywiadowców i sprawdzić, czy dadzą się nakłonić do ujawnienia zawodowych sekretów. Tak było choćby w przypadku Tasa z Belgii. Fifi spędziła z nim zaledwie kilka po-południowych godzin, a zdążyła poznać szczegóły jego poprzednich zadań.

    Nic dziwnego, że na podstawie jej raportów wielu kursantów musiało na zawsze pożegnać się z pracą wywiadowczą. Czasem zastanawiała się, czy gra z chłopakami fair, ale pocieszała się, że to dla ich dobra, bo na froncie będą narażeni na o wiele gorsze prowokacje.

    PIEPRZYK, KTÓREGO NIE BYŁO

    Przełożeni ufali jej sądom bez zastrzeżeń, dzięki czemu mogła sobie nawet raz pozwolić na częściową dekonspirację. Kiedy sprawdzany przez nią norweski agent Gunnar Tingulstad domyślił się, że Fifi nie jest francuską dziennikarką, a ich spotkanie to rodzaj testu, który właśnie oblewa, przyznała się do swojej roli. W raporcie z tego spotkania Fifi tłumaczyła, że zdecydowała się porozmawiać z Gunnarem szczerze, ponieważ uznała, że zapowiadał się na świetnego agenta i takiej lekcji bezpieczeństwa z pewnością nigdy nie zapomni.

    Tingulstad był jednak wyjątkiem. Pozostali kursanci nie mieli pojęcia o pułapce, w którą zostali złapani. Mimo to szybko powstała o Fifi legenda. Mówiło się, że wiedziała nawet, czy testowani przez nią agenci mówią przez sen – plotkowano, że swoje misje kończyła z nimi w łóżku. Opowiadano też o pieprzyku, który słynna agentka miała mieć na udzie. W rzeczywistości Fifi wyciągała  ze swoich „ofiar” to, co chciała, na pogawędce w barze albo w drodze do kina. Tylko raz, o czym Fifi pisze w zachowanym raporcie, poszła z kimś do hotelowego pokoju. Kiedy więc agent Russel zaprowadził ją do sypialni, poprosił o… zacerowanie kilku fularów. Okazało się, że jego przykrywką w czasie ćwiczeń był handel fularami.

    Fifi – jak wynika z notatek służbowych jej zwierzchników – nie musiała zaciągać nikogo do łóżka. Swoją skuteczność zawdzięczała nie tylko wyjątkowej urodzie, ale przede wszystkim inteligencji i intuicji. Oczywiście nie wszystkie agentki trzymały się tak żelaznych zasad. Na przykład Winifred Davidson została zwolniona ze służby, kiedy zauważono, że spotyka się z kursantami już po „egzaminach”.

    Clare Mulley, autorka książki o Krystynie Skarbek, legendarnej polskiej agentce współpracującej z SOE, uważa jednak, że takich przypadków jak Davidson nie było wiele, i trzeba walczyć ze stereotypem tajnej agentki, której głównym i czasem jedynym narzędziem jest seks. 

    „Byłabym wściekła, gdyby na podstawie mojej książki powstał film, który skupiałby się tylko na urodzie Krystyny Skarbek. Zresztą piękna twarz jest czasem w tym fachu obciążeniem: jeśli przenosisz radiostację, lepiej nie rzucać się w oczy – mówi Mulley. – Oczywiście w SOE zdarzały się piękności takie jak Krystyna, Fifi czy księżniczka Noor Inayat Khan, ale większość agentek nie grzeszyła urodą. Virginia Hall była nawet kaleką. Przede wszystkim cechowała je wszystkie niezwykła odwaga”.

    MINISTERSTWO ROLNICTWA I RYBOŁÓWSTWA

    Fifi nie była jedyną prowokatorką współpracującą z SOE. Do dziś we Francji żyje Noreen Riols, ale Brytyjczycy dowiedzieli się o jej istnieniu dopiero w 2000 roku, kiedy odtajniono inną porcję teczek. Riols nie tylko testowała, jak Fifi, przyszłych szpiegów, ale zajmowała się również pomocą tym, którzy już z okupowanej Francji wrócili. Kiedy dołączyła do SOE, miała zaledwie 17 lat i znakomicie znała francuski (skończyła Lycée Français w Londynie). Rodzicom powiedziała, że będzie pracować w ministerstwie rolnictwa i rybołówstwa (tak zatytułowała zresztą wspomnienia). Zmarli, nie wiedząc, co naprawdę robiła ich córka w czasie wojny. „Okłamałam wszystkich bliskich, ale przecież wtedy to nie było takie trudne. Wszędzie wisiały plakaty ostrzegające przed gadulstwem, które może kosztować życie” – powiedziała Riols w jednym z wywiadów.

    Agentki takie jak Fifi czy Riols rzeczywiście nie miały kłopotu z wmówieniem rodzinom, że pracują w biurze. W latach 30. i 40. w Wielkiej Brytanii powszechnie uważano, że miejsce kobiety jest w domu. Płatną pracą zajmowały się wyłącznie panny. Kiedy zaczęła się wojna, ewentualny udział kobiet w walce stanowił temat tabu. Gdy w 1942 roku centrala SOE próbowała załatwić dla Fifi przykrywkę – oficjalne zatrudnienie w Ministerstwie In-formacji – Cyril Redcliffe, dyrektor jednego z departamentów tej instytucji, ostro zaoponował. Jak stwierdził, społeczeństwo brytyjskie z niechęcią odnosiło się do wszelkiego rodzaju węszenia i naruszania prywatności, tym bardziej jeśli tę rolę miałaby odgrywać kobieta. Nic dziwnego, że brytyjski rząd ukrywał przed opinią publiczną zatrudnianie kobiet w wywiadzie i przerzucanie ich na teren wroga. „Brytyjskie władze były wtedy przekonane, że społeczeństwo nie jest gotowe na to, aby dowiedzieć się, że kobiety uczestniczą w wojnie na równi z mężczyznami” –  tłumaczy Clare Mulley.

    Tymczasem w tajnym centrum szkoleniowym SOE w New Forest kobiety uczyły się m.in., jak zgubić „ogon”, zabijać przeciwnika jednym ciosem, wysadzać sejfy. Aż 39 kobietom z sekcji „F” w SOE powierzono rolę kurierek i radiotelegrafistek w okupowanej Francji. 13 z nich nigdy nie wróciło do domu. O wielu wojennych agentkach nadal mało wiadomo, bo – jak tłumaczy Jonathan Cole z National Archives (to on opracował świeżo odtajnioną teczkę Fifi) – ponad 6 tysięcy teczek żołnierzy SOE nadal czeka na odtajnienie. Cole ma zresztą nadzieję, że uda się wreszcie przywrócić pamięć o wielu fenomenalnych kobietach, które – jak mówi – nie zajmowały się wyłącznie sortowaniem wojskowych dokumentów.

    NIEDOCENIONE I ZAPOMNIANE

    Młodzi Anglicy dowiadują się o tym wszystkim – potwierdza Clare Mulley – z niemałym zdziwieniem. Kilkadziesiąt lat po woj-nie okazuje się, że ich babki nie ograniczały się – jak głosiła oficjalna propaganda – do pracy w ATS (po ang. Auxiliary Territorial Service, czyli pomocnicza służba wojskowa dla kobiet, której członkiem była m.in. przyszła królowa Elżbieta II), ale były kurierkami, szpiegami i prowokatorkami. W dodatku wykorzystywały w tej pracy nie tylko urodę, ale przede wszystkim inteligencję.

    Według Clare Mulley kobiety szkolono w tych samych miejscach i w ten sam sposób jak mężczyzn, a w terenie dorównywały kolegom. Mimo to po wojnie potraktowano je gorzej niż mężczyzn. Założono, że agentki muszą wrócić do przedwojennych ról, a ich wojenną działalność będzie można przemilczeć. W rezultacie panie nie miały nawet prawa do wojskowych odznaczeń. „Rozmawiałam z wieloma kurierkami z SOE. One się tym czuły dotknięte do żywego – mówi Mulley. – A wypadało je chociaż zapytać, czy zechcą przyjąć wojskowe honory, choćby anonimowo”.

    Władze były jednak nieugięte, nawet po słynnym wystąpieniu Pearl Witherington, brytyjskiej agentki działającej na terenie okupowanej Francji. Witherington ostro zaprotestowała przeciwko odmowie przyznania jej Krzyża Wojskowego (po ang. Military Cross), stwierdzając z sarkazmem, że „w tym, co robiła w czasie wojny, nie było nic cywilnego, bo nawet przez chwilę nie siedziała za biurkiem”. Notabene Krystyna Skarbek, którą Churchill nazwał swoją ulubioną agentką, również nie otrzymała wojskowych odznaczeń – musiał jej wystarczyć cywilny Order Imperium Brytyjskiego.

    Skarbek i Fifi to według Mulley przykłady zmarnowanych po wojnie wywiadowczych talentów. W 1945 roku rozwiązano SOE, ale Brytyjczycy nie zaoferowali Skarbek żadnej pracy. Odrzucono również jej podanie o przyznanie brytyjskiego obywatelstwa. Otrzymała zaledwie 100 funtów odprawy – Fifi, jako prowokatorka, zarabiała 300 funtów rocznie. Żeby przeżyć, Skarbek została stewardesą na luksusowym statku pływającym z Liverpoolu do Wellington. W przerwach między rejsami dorabiała jako pokojówka w hotelu.

    „Oczywiście brytyjski wywiad mógł mieć wiele powodów, żeby nie przedłużyć współpracy ze Skarbek, być może stracił do niej zaufanie, ale moim zdaniem zdecydowało m.in. to, że była kobietą – uważa Mulley. – Wielu jej dawnych kolegów znalazło pracę w wywiadzie, choćby jej kochanek Andrzej Kowerski, tym czasem, z tego co wiem, w SIS (Secret Intelligence Service – przyp. red.) nie zatrudniono nawet jednej doświadczonej agentki SOE”.Jarosław Molenda, autor książki „Krystyna Skarbek – królowa podziemia czy zdrajczyni?”, jest jednak zdania, że płeć w jej sprawie nie miała znaczenia: „Krystyny nie potraktowano źle dlatego, że była kobietą” – uważa. Przypomina, że w podobny sposób zlekceważono potencjał większości Polaków, którzy zostali na Zachodzie, bez względu na płeć: „Wystarczy przypomnieć, że gen. Stanisław Sosabowski pracował po wojnie jako… magazynier. Chyba tylko Halina Szymańska (współpracowała z MI6 – przyp. red.) potrafiła zadbać o swoje interesy”. Podkreśla, że w zamian za swoje usługi Szymańska wymogła na Brytyjczykach nada-nie obywatelstwa swoim dzieciom i otrzymała uposażenie typowe dla brytyjskich oficerów.

    Jej brytyjskie rówieśniczki miały jednak mniej szczęścia. Z niezrozumiałych do dziś względów wywiad JKM, mimo początku zimnej wojny, nie chciał wykorzystać doświadczenia kobiet z SOE. Noreen Riols wspomina, że nie zaproponowano jej po wojnie żadnego za-jęcia, a umiejętności zdobyte w czasie wojny wykorzystała przy… pisaniu powieści.

    Z kolei Fifi podobno miała zostać zatrudniona po wojnie na stanowisku kontrwywiadowczym w Niemczech, ale nic z tego nie wyszło i ostatecznie zaszyła się na wsi. Nigdy nie opowiadała o swoich wojennych doświadczeniach. Zachowane w archiwach ankiety, wypełnione ręką Fifi, świadczą jednak o tym, że chciała dalej pracować w wywiadzie. Przecież Krystyna Skarbek nazywała rozstanie z pracą szpiega „koszmarem pokoju”.

    W teczce Fifi nie ma śladu po ostatecznej decyzji przełożonych w sprawie jej zatrudnienia. Przy okazji opublikowania jej akt ujawniono jedynie, że Christine „Fifi” Chilver całe powojenne życie poświęciła opiece nad zwierzętami. W 2001 roku założyła nawet schronisko dla zwierząt w Rydze, skąd pochodziła jej matka. Podobno regularnie odwiedzała swoje zwierzaki. Zmarła w 2007 roku w wieku 86 lat. Przez ostatnie kilkanaście lat życia mieszkała na wsi, z przyjaciółką z SOE Jean „Alex” Felgate. Tylko ona przyszła na pogrzeb Fifi.


    SŁYNNE AGENTKI

    • PEARL WITHERINGTON  – w SOE od 1943 roku, tego samego roku została zrzucona na spadochronie w okupowanej Francji, gdzie została kurierką siatki Stationer. Kiedy gestapo aresztowało jej szefa Maurice’a Southgate’a, zastąpiła go i zorganizowała nową siatkę Wrestler, która odegrała ważną rolę w czasie lądowania aliantów w Normandii. Dowodziła 1500 francuskimi partyzantami (maquis).
    • VIOLETTE SZABO – urodziła się we Francji, jej ojciec był Anglikiem, z zawodu ekspedientka. Po śmierci męża, który zginął na froncie, postanowiła walczyć i zgodziła się na współpracę z SOE. Po raz pierwszy została przerzucona do Francji w 1944 roku w okolice Rouen. Kiedy gestapo aresztowało całą siatkę Resistance, wróciła do Londynu. Ponownie przerzucono ją do Francji, gdzie miała zorganizować siatkę na nowo. Została złapana i przewieziona do więzienia w Paryżu, a potem deportowana do Niemiec. Zgładzona w Ravensbrück.
    • KRYSTYNA SKARBEK – córka hr. Jerzego Skarbka i Stefanii Goldfeder z rodziny żydowskich bankierów. Przedwojenna wicemiss Polski. Po wybuchu wojny rozwodzi się z drugim mężem i z Kenii wyrusza do Anglii. Zgłasza się do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i zostaje zwerbowana do pracy w SOE. Szkoli ją m.in.  Kim Philby, słynny – jak się później okazało – sowiecki agent. Jej najgłośniejszym osiągnięciem było wydobycie z więzienia gestapo w okolicach Grenoble szefa brytyjskiej siatki szpiegowskiej. Po wojnie Brytyjczycy odmawiają jej przyznania obywatelstwa i nie oferują pracy w wywiadzie. Skarbek chwyta się dorywczych prac: telefonistki, ekspedientki czy wreszcie stewardesy na liniowcu pływającym między Wielką Brytanią i Nową Zelandią. Umiera w wieku 44 lat od ciosów nożem zadanych przez zazdrosnego kochanka Dennisa Muldowneya. O zlecenie tego zabójstwa podejrzewano m.in. MI6.
    • HALINA SZYMAŃSKA – według Brytyjczyków jeden z najważniejszych szpiegów ostatniej wojny. Żona attaché wojskowego polskiej ambasady w Berlinie płk. Antoniego Szymańskiego. Właśnie tam poznała admirała Wilhelma Canarisa, szefa niemieckiego wywiadu wojskowego i równocześnie przeciwnika Hitlera. Canaris przekazywał Anglikom i Francuzom za pośrednictwem Szymańskiej tajne informacje dotyczące niemieckich planów wojennych. Po wybuchu wojny Canaris pomógł jej przedostać się z Poznania do Berna. Tam skontaktowała się z komórką polskiego wywiadu i z Brytyjczykami. Z Canarisem spotykała się w Szwajcarii, we Włoszech i we Francji. Szymańska przekazała Brytyjczykom (kontaktowała się bezpośrednio z szefem MI6 Stewartem Menziesem)– m.in. szczegóły planów inwazji niemieckiej na Francję i na Rosję Sowiecką. Polka osiedliła się po wojnie w Wielkiej Brytanii.
    • WŁADYSŁAWA JADWIGA MACIESZYNA Z D. STRZEDNICKA, HERBU POMIAN – w czasie wojny należała do kobiecego oddziału dywersyjno-sabotażowego Armii Krajowej „Dysk”, który zajmował się m.in. likwidacją agentek gestapo, ale dowództwo szybko przeniosło ją do głębokiego wywiadu. Została kurierem „Y-59” na trasie Warszawa–Wiedeń. W 1943 roku przekazała z Wiednia informację na temat lokalizacji niemieckich fabryk rakiet V1 i V2 w Peenemünde, których siła rażenia mogła w ciągu kilku tygodni zniszczyć Londyn. Dwa miesiące później angielskie lotnictwo zbombardowało Peenemünde. Macieszyna została w międzyczasie aresztowana. Została skazana na śmierć na gilotynie, ale wykonanie wyroku odroczono z powodu braku tego narzędzia w wiedeńskim więzieniu. Ta zwłoka ją uratowała. Po wojnie Macieszyna żyła w biedzie w Warszawie. Zmarła w 1967 roku.
    • NOOR INAYAT KHAN – po niemieckiej inwazji na Francję uciekła z rodziną do Wielkiej Brytanii. Od 1943 roku działała dla SOE pod pseudonimami: „Nora Baker”, „Madeleine” i „Jeanne-Marie Rennier”. Była pierwszą kobietą pracującą dla SOE, która została wysłana do okupowanej Francji do obsługi radiostacji. Zdradził ją prawdopodobnie jeden z francuskich współpracowników. Została aresztowana i uwięziona w Paryżu. W 1944 roku zgładzona w Dachau strzałem w tył głowy.
  • Akmens ratai, paslaptingi ženklai ir užrakinti kapai: 10 mįslių, kurios glumina archeologus

    Akmens ratai, paslaptingi ženklai ir užrakinti kapai: 10 mįslių, kurios glumina archeologus

    Praeitis vis dar geba priešintis. Nors technologijos sparčiai tobulėja, archeologai ir toliau aptinka vietų, daiktų bei senųjų civilizacijų pėdsakų, kurie nenori atskleisti savo paslapčių. Vienos mįslės žavi jau dešimtmečius, kitos tik neseniai pradėjo ryškinti, kiek daug nežinomųjų dar lieka.

    Archeologija praeitį dėlioja po gabalėlį, tačiau vis dar juda pasaulyje, pilname spragų. Į UNESCO pasaulio paveldo sąrašą jau įtrauktos 1248 vietos 170 šalių, iš jų 972 – kultūros objektai. Vis dėlto net įspūdingiausi paminklai dažnai neatsako į esminius klausimus: kas juos sukūrė, kodėl jie atsirado ir dėl kokių priežasčių dalis civilizacijų išnyko.

    Štai 10 archeologijos mįslių, kurių iki šiol nepavyksta patikimai paaiškinti.

    Kam iš tikrųjų tarnavo Stonehenge?

    Stonehenge – vienas geriausiai atpažįstamų pasaulio paminklų, tačiau paradoksas tas, kad apie jį žinome stebėtinai mažai. Aišku, jog šis priešistorinis kompleksas buvo statomas etapais, o jo reikšmė turėjo būti didžiulė, jei į vietą buvo gabenami milžiniški akmens luitai iš tolimų vietovių.

    Tačiau iki šiol nėra sutarimo, kas tai buvo: laidojimo vieta, ritualinė erdvė, skirtingų bendruomenių susitikimų centras ar konstrukcija, susijusi su dangaus stebėjimu. Ši istorija primena, kad archeologija dažnai gali atsakyti į „kaip“ ir „kada“, bet gerokai sunkiau – į „kodėl“.

    Kas buvo denisoviečiai ir kaip jie iš tiesų gyveno?

    Ne kiekviena archeologinė paslaptis atrodo kaip akmenų ratas ar šventykla. Kartais mįslė yra pats žmogus – tiksliau, atskira žmonių linija, palikusi stulbinamai mažai tiesioginių pėdsakų. Denisoviečiai – vienas ryškiausių pavyzdžių.

    Apie jų egzistavimą iš pradžių sužinota iš genetinės medžiagos, o tik vėliau pradėta dėlioti istorija iš retų kaulų ir dantų radinių. Apie denisoviečius vis dar žinome daug mažiau nei apie neandertaliečius. Nauji duomenys leidžia manyti, kad jie gyveno didžiuliame Eurazijos plote – nuo Sibiro iki subtropinių zonų. Tai tik dar labiau išplečia nežinomybės mastą.

    Pagrindinė problema paprasta: turime pernelyg mažai tiesioginių palaikų, todėl ir tvirtų atsakymų – nedaug. Neaišku, kaip atrodė skirtingos jų populiacijos, kiek jos buvo įvairios ir kokį vaidmenį denisoviečiai suvaidino kontaktuose su Homo sapiens. Tai savotiškas XXI amžiaus paradoksas: galime aptikti senųjų žmonių pėdsakus DNR, bet vis dar nemokame jų istorijos papasakoti žmogiškais bruožais.

    Kodėl iki šiol nepavyksta perskaityti Indo slėnio rašto?

    Indo slėnio civilizacija buvo viena didžiųjų bronzos amžiaus kultūrų: ji turėjo miestus, planavimo tradicijas, prekybą ir savitą ženklų sistemą. Tačiau iki šiol nežinome, kas iš tiesų užrašyta ant antspaudų ir trumpų įrašų.

    Didžiausios kliūtys labai praktiškos: tekstai trumpi, nėra dvikalbio „Rosetos akmens“ tipo šaltinio, o kalba, slypinti už šios ženklų sistemos, nėra patikimai nustatyta. Kol raštas neįskaitomas, mes matome miestus, bet negirdime jų gyventojų balsų – nežinome pareigybių, dievų, valdovų vardų ar kasdienių žodžių, kurie jungė šios civilizacijos gyvenimą.

    Kokiu tikslu buvo sukurtos Naskos linijos?

    Naskos linijos Peru jau dešimtmečius kursto vaizduotę, nes atrodo taip, lyg būtų skirtos ne žemėje stovintiems žmonėms, o žvilgsniui iš dangaus. Žinoma, kad geoglifai atsirado maždaug tarp 500 m. pr. Kr. ir 500 m. po Kr. Jie apima ir gyvūnų bei augalų figūras, ir ilgas geometrines linijas dykumų teritorijoje, užimančioje šimtus kvadratinių kilometrų.

    Hipotezių – gausybė: nuo ritualų, susijusių su vandeniu, iki procesijų maršrutų ar kosmologinės reikšmės. Vis dėlto nė viena versija galutinai neužbaigė ginčo. Naskos pavyzdys rodo, kad net milžiniškas mastas ir puikus matomumas dar nereiškia supratimo.

    Kaip Rapa Nui gyventojai gabeno moai?

    Velykų salos moai statulos yra archeologinės paslapties simbolis ne tik dėl savo dydžio, bet ir dėl to, kad atsirado izoliuotoje saloje, turėjusioje ribotus išteklius. Rapa Nui aptinkama daugiau nei 600 akmeninių figūrų, o sunkiausios jų svoris siekė apie 82 tonas. Iki šiol nesutariama, kaip tiksliai jos buvo gabenamos ir statomos.

    Tačiau transportavimo technika – tik dalis mįslės. Ne mažiau svarbu, ką šis milžiniškas darbas pasako apie to meto visuomenės struktūrą, religiją ir galimas krizes. Moai – ne vien akmeniniai veidai. Tai ženklas visuomenės, kuri investavo neįtikėtinai daug darbo į simbolinius paminklus, vadinasi, jų reikšmė turėjo būti kur kas gilesnė, nei šiandien galime perskaityti vien iš akmens.

    Kas iš tiesų buvo Göbekli Tepe?

    Göbekli Tepe dabartinės Turkijos teritorijoje pakeitė požiūrį į sudėtingų visuomenių ištakas. Ši vietovė yra maždaug 6 tūkst. metų senesnė už Stonehenge, o monumentalios konstrukcijos ten buvo statomos labai ankstyvuoju laikotarpiu, dar iki gerai žinomų urbanizacijos formų.

    Pagrindinis klausimas – kodėl? Ar tai buvo ritualinė vieta, bendruomenių susitikimų centras, tapatybės kūrimo erdvė, o gal reiškinys, kuriam mūsų kalboje tiesiog nėra tikslaus atitikmens? Göbekli Tepe griauna paprastą schemą „pirmiausia žemdirbystė, tada perteklius, o tada šventyklos“. Čia viskas atrodo taip, tarsi simbolių ir ritualo poreikis būtų buvęs toks pat pirminis kaip ir kasdienė duona.

    Kodėl pirmojo Kinijos imperatoriaus kapas vis dar uždarytas?

    Čin Ši Huangdi kapo kompleksas yra vienas garsiausių pasaulio archeologinių objektų, daugiausia dėl terakotinės armijos. Vis dėlto centrinė imperatoriaus kapavietė iki šiol nebuvo iki galo atverta. Mauzoliejus – milžiniško komplekso dalis, užimanti apie 50 km2, o senoviniai aprašymai net mini gyvsidabrio „upes“ laidojimo kameroje.

    Atsargumo priežastis – ne romantika, o mokslas. Tyrėjai baiminasi, kad įėjimas į vidų gali negrįžtamai sunaikinti tai, kas išsilaikė daugiau nei du tūkstantmečius. Tai reta situacija, kai vienas didžiausių archeologijos radinių kartu yra ir vienas didžiausių sąmoningai neatsakytų klausimų: žinome, kad ten kažkas yra, tačiau nežinome, ar dabartinės technologijos leistų tai pamatyti nesunaikinant pačios „atsakymo“ medžiagos.

    Iš kur atsirado Antikitėros mechanizmas?

    Antikitėros mechanizmas paslaptingas ne dėl to, kad nežinotume, kas tai. Šiandien laikoma, kad tai senovės graikų mechaninis įrenginys, skirtas astronominiams reiškiniams skaičiuoti ir vaizduoti, datuojamas maždaug 100 m. pr. Kr.

    Mįslė slypi kitur: kaip tokia pažangi technologija galėjo atsirasti antikiniame pasaulyje ir vėliau ilgam išnykti iš akiračio? Ar tai buvo vienetinis išradimas, ar vienintelė išlikusi platesnės techninės tradicijos liekana? Šis mechanizmas primena, kad technologijų istorija ne visada vystosi tiesia linija – kartais žinios dingsta kartu su žmonėmis, dirbtuvėmis ir gebėjimais jas atkurti.

    Ar rongorongo iš tiesų yra raštas – ir ką jis sako?

    Rapa Nui paslaptys neapsiriboja moai. Rongorongo – ženklų sistema, išlikusi ant nedidelio skaičiaus medinių objektų. Iki šių dienų išliko mažiau nei 30 tokių dirbinių, o ženklai vis dar neįskaityti.

    Ypač svarbu nustatyti, ar rongorongo atsirado iki kontakto su europiečiais. Jei paaiškėtų, kad tai nepriklausomai išrastas raštas, turėtume itin retą atvejį pasaulio rašto istorijoje. Jei pasirodytų, kad tai nėra pilnavertis raštas, o ribotesnė užrašymo sistema, ir tai būtų reikšmingas atsakymas. Šios mįslės kaina – ne tik vienos salos istorija, bet ir mūsų supratimas apie patį rašymo gimimą.

    Kodėl Cahokia sunyko?

    Cahokia pylimai Šiaurės Amerikoje primena, kad paslaptingi civilizacijų nuosmukiai nėra vien Egipto, majų ar Velykų salos tema. Cahokia buvo didžiausias ikikolumbinis urbanistinis centras į šiaurę nuo Meksikos, klestėjimo laikotarpiu galėjęs turėti apie 20 tūkst. gyventojų. Miestas vystėsi maždaug nuo 950 iki 1350 metų.

    Ir čia prasideda didysis klausimas: kas lėmė, kad toks didelis centras susilpnėjo ir buvo apleistas? Klimato pokyčiai, išteklių išsekimas, socialinė įtampa, ligos, politinės transformacijos? Greičiausiai veikė keli veiksniai vienu metu, tačiau jų proporcijų vis dar nežinome. Tai dažnas archeologijos motyvas: didelės visuomenės retai žlunga dėl vienos priežasties, o praeitis nemėgsta paprastų nuosprendžių.

  • Archeologų klaidos stebina: kodėl mokslininkai dažnai klysta ir kodėl tai – normalu

    Archeologų klaidos stebina: kodėl mokslininkai dažnai klysta ir kodėl tai – normalu

    Archeologija mėgsta tikrumo aurą. Problema ta, kad žemė labai retai kalba pilnais sakiniais. Ji palieka pėdsakus, fragmentus, kaulų išsidėstymą, keramikos šukes, stulpų paliktas dėmes, žiedadulkių likučius. Visa kita tenka „užpildyti“ tyrėjams. Būtent čia slypi didžiausia archeologijos stiprybė, bet kartu ir didžiausia rizika. Archeologai klysta dažniau, nei daugelis įsivaizduoja, tačiau ne dėl nekompetencijos, o todėl, kad praeitį tyrinėja iš neišsamių duomenų.

    Populiariame įsivaizdavime archeologas randa daiktą ir iš karto žino, kas tai. Praktikoje beveik niekada taip nebūna. Radiniai neturi etikečių: jie nepasako, kas juos pagamino, kam buvo skirti ar ką reiškė žmonėms, kurie jais naudojosi.

    Archeologija yra interpretacijos mokslas. Ji remiasi labai tvirtais duomenimis: žemės sluoksniais, radioaktyviosios anglies datavimu, izotopų analize, DNR tyrimais, naudojimo pėdsakų mikroskopija ar nuosėdų analize. Tačiau net geriausi duomenys patys nesusideda į užbaigtą pasakojimą. Tarp fakto ir išvados visada yra erdvės klaidai.

    Dėl to du tyrėjai, žiūrėdami į tą patį objektą, gali prieiti skirtingas išvadas. Vienas matys ritualinį įrankį, kitas – kasdienybės daiktą. Vienas pastatą laikys rūmais, kitas – sandėliu. Ir abu gali turėti pagrįstų argumentų.

    Kaip dažnai archeologai iš tikrųjų klysta

    Į šį klausimą neįmanoma atsakyti vienu skaičiumi – niekas neveda paprasto archeologinių klaidų skaitiklio. Be to, archeologijoje klaida retai atrodo kaip akivaizdi nesąmonė. Dažniau kalbama apie tikrumo laipsnį.

    Daugiausia netikslumų kyla interpretuojant funkciją, prasmę ir kontekstą. Lengviau nustatyti, kad objektas senas, nei paaiškinti, ką jis reiškė. Galima gana patikimai datuoti gyvenvietę ar nustatyti metalo lydinio sudėtį, tačiau gerokai sunkiau atsakyti, ar figūrėlė buvo žaislas, amuletas, ar ritualo dalis. Dar sudėtingiau – suprasti, ką žmonės galvojo, ko bijojo ir kuo tikėjo.

    Todėl archeologai klysta pakankamai dažnai – ne todėl, kad metodai silpni, o todėl, kad klausimai kartais didesni už įrodymų kiekį. Kuo labiau norime žinoti „kam“, „kodėl“ ir „ką tai reiškė“, tuo labiau pereiname į hipotezių teritoriją.

    Didžiausia problema: daiktai išlieka prasčiau nei pasakojimai apie juos

    Iki mūsų dienų išlieka tik maža praeities dalis. Medis supūva, audiniai suyra, oda dingsta, maistas išlieka tik mikrodalelėmis. Dažniausiai išlieka akmuo, keramika, metalas, kartais kaulai. Tai reiškia, kad praeitis išsaugoma labai netolygiai.

    Archeologas netiria viso senovės pasaulio – jis tiria tai, kas atsitiktinai išliko. O tai labai keičia vaizdą. Jei tam tikroje vietoje daugiausia išliko kapai ir monumentalūs statiniai, lengva daryti išvadą, kad visuomenė buvo orientuota į religiją, valdžią ir mirtį. Tuo tarpu kasdienis gyvenimas galėjo būti gerokai turtingesnis – tiesiog paliko mažiau patvarių pėdsakų.

    Šis reiškinys veikia kaip filtras. Ir tas filtras pats savaime gali klaidinti – kartais net labiau nei neteisinga teorija.

    Archeologai mato per savo epochos „akinius“

    Vienas svarbiausių klaidų šaltinių yra ne duomenys, o žmonės, kurie juos aiškina. Archeologija nėra apsaugota nuo madų, išankstinių nuostatų ar kultūrinių įpročių. Ilgą laiką tyrėjai praeitį vertino per savojo pasaulio prizmę, o tai galėjo smarkiai iškreipti vaizdą.

    Geras pavyzdys – polinkis prestižą, valdžią ir veiklumą automatiškai priskirti vyrams. Dešimtmečiais turtingai įkapių turintys kapai su ginklais beveik savaime buvo laikomi vyrų karių palaidojimais. Kai plačiau pradėta taikyti pažangesnė osteologija ir DNR analizė, paaiškėjo, kad dalis tokių prielaidų buvo klaidingos: kai kurie su ginklais palaidoti žmonės buvo moterys. Tai nereiškia, kad kiekviena ankstesnė interpretacija buvo neteisinga – tik kad senieji mąstymo rėmai kartais buvo per siauri.

    Panašiai ilgai buvo linkstama visuomenes laikyti „primityviomis“, jei jos nepaliko didžių statinių ar rašto. Toks požiūris nustūmė į šalį žinias apie bendruomenes, kurios buvo sudėtingos, tačiau organizavosi kitaip nei valstybines civilizacijas primenantys dariniai.

    Kur klaidų rizika didžiausia?

    Daugiausia nesusipratimų gimsta ten, kur medžiaga neišsami, o pagunda sukurti patrauklų pasakojimą – labai stipri. Tai ypač pasakytina apie ritualus. Kai archeologas nežino, kam skirtas daiktas, neretai atsiranda pagunda jį priskirti ceremonijai. Tai patogu, bet ne visada sąžininga duomenų atžvilgiu. Kartais „ritualas“ tampa tiesiog elegantišku pavadinimu frazei „mes nežinome“.

    Antras „minų laukas“ – socialinio gyvenimo rekonstrukcijos. Iš kelių namų, kelių palaidojimų ir indų likučių bandoma atkurti šeimos ryšius, lyčių vaidmenis, hierarchijas ir tikėjimų sistemą. Tai įspūdinga, bet rizikinga: kiekvienas toks modelis neišvengiamai yra apytikris.

    Trečia problema – sensacija. Kuo radinys neįprastesnis, tuo didesnis spaudimas suteikti jam išskirtinę prasmę. Tuomet lengva „persistengti“. Archeologijos istorijoje netrūko atvejų, kai objektai buvo paskelbti „revoliuciniu įrodymu“, o po kelerių metų paaiškėjo, kad jie gerokai mažiau įspūdingi.

    Garsios klaidos apie archeologiją pasako daugiau nei sėkmės istorijos

    Vienas žinomiausių atvejų – Piltdauno žmogus. XX amžiaus pradžioje Anglijoje rasti palaikai buvo palaikyti trūkstama žmogaus evoliucijos grandimi. Jie atitiko to meto lūkesčius, buvo sensacingi, todėl daugelis norėjo jais tikėti. Tik po daugelio metų įrodyta, kad tai buvo klastotė.

    Tai kraštutinis, bet pamokantis pavyzdys: mokslą gali suklaidinti ne tik prasti duomenys, bet ir noras, kad kažkas būtų tiesa.

    Kur kas dažnesnės – mažiau įspūdingos klaidos, susijusios su objektų funkcija. XIX ir XX amžiaus pradžioje daugelis moterų figūrėlių iškart buvo aiškinamos kaip vaisingumo deivės. Dalis tokių interpretacijų gali būti teisingos, tačiau problema ta, kad ilgą laiką jos buvo laikomos beveik savaime suprantamu faktu. Šiandien tyrėjai gerokai atsargesni ir supranta, kad panaši forma nebūtinai reiškia panašią paskirtį.

    Panašių korekcijų būta vertinant senovės gyvenvietes, kapus ir megalitines konstrukcijas. Tai, kas kadaise laikyta šventyklomis, vėliau kartais aiškinta kaip susitikimų vietos, mainų centrai ar daugiafunkcės erdvės. Praeitis retai telpa į vieną stalčių.

    Naujos technologijos padeda, bet neišsprendžia visko

    Per pastaruosius dešimtmečius archeologija patyrė technologinę revoliuciją. DNR analizė leidžia tirti giminystę ir migracijas, izotopai – mitybą ir judrumą, LIDAR technologija atidengia po miškais paslėptas struktūras, mikroskopija išryškina įrankių naudojimo pėdsakus, datavimas tampa vis tikslesnis. Visa tai mažina klaidos tikimybę.

    Tačiau jos visiškai nepanaikina.

    Nauji metodai puikiai atsako į klausimus apie medžiagą, kilmę, amžių ir biologinius ryšius, bet daug silpniau padeda aiškinant simboliką, prasmę ir žmogaus patirtį. DNR gali parodyti, iš kur žmogus kilęs, tačiau nepasakys, kaip jis suvokė savo tapatybę. Riebalų likučių analizė inde gali atskleisti, kas jame buvo gaminta, bet nepaaiškins, ar tas valgymas buvo šventinis, kasdienis ar ritualinis.

    Gera archeologija nėra gebėjimas visada pateikti efektingą atsakymą. Tai gebėjimas atskirti, kas yra tikra, nuo to, kas tik tikėtina. Tačiau žiniasklaida, popkultūra ir auditorija labiau mėgsta tvirtas tezes: „atrastas karaliaus sostas“ skamba patraukliau nei „galbūt tai reprezentacinės funkcijos objektas“.

    Vis dėlto būtent atsargumas yra šio mokslo stiprybės ženklas. Archeologas, kuris pasako „mes nežinome“, nerodo silpnumo – jis parodo, kad supranta įrodymų ribas ir nenori prirašyti praeičiai to, ko ji nepaliko.

    Tai svarbu ir todėl, kad klaidingos interpretacijos gyvuoja ilgai. Kai patraukli teorija patenka į vadovėlius, dokumentinius filmus ar internetą, vėliau ją labai sunku paneigti – net jei specialistai jos seniai atsisakė.

    Klaida nėra gėda. Ji yra metodo dalis

    Moksle klaida nebūtinai reiškia nesėkmę – dažnai tai žingsnis tikslesnio modelio link. Archeologija veikia būtent taip: hipotezės keliamos, tikrinamos, kvestionuojamos ir taisomos. Viena interpretacija užleidžia vietą kitai, o praeities vaizdas keičiasi atsirandant naujiems atradimams ir metodams.

    Tai ne archeologijos trūkumas, o sąžiningas jos veikimo būdas. Kur kas pavojingesnė už klaidą yra tariama tikrumo iliuzija. Kai tyrėjas pernelyg prisiriša prie vieno pasakojimo, jis nustoja matyti alternatyvas. O praeitis paprastai būna sudėtingesnė, nei pirmasis mūsų įsivaizdavimas.

    Šia prasme archeologai klysta dažnai, bet ne chaotiškai. Jų klaidos yra įrašytos į bandymą perskaityti pasaulį, kuris iki mūsų atėjo fragmentais. Tai panašu į milžiniškos dėlionės dėliojimą, kai dauguma detalių dingusios, dalis sumaišyta, o vaizdo ant dėžutės niekada nebuvo.

    Interpretacijos ribos yra mūsų kuklumo ribos

    Svarbiausia archeologijos pamoka skamba kiek paradoksaliai: praeitis nėra tai, ką paprasčiausiai „iškasame“ iš žemės. Mes ją rekonstruojame. Darome tai vis geriau, atsargiau ir su vis tobulesniais įrankiais, tačiau vis tiek rekonstruojame, o ne atkuriame šimtu procentų.

    Todėl verta su distancija vertinti kiekvieną antraštę, kuri skelbia galutinai išsprendusi archeologinę mįslę. Šioje srityje galutiniai sprendimai reti – dažniau egzistuoja geresnės ir prastesnės interpretacijos.

    Archeologai klysta ne todėl, kad blogai dirba savo darbą. Jie klysta todėl, kad bando atsakyti į klausimus, didesnius už turimų įrodymų kiekį. Ir būtent todėl jų darbas toks vertingas: jis moko ne tik to, kas buvo, bet ir to, kaip atsargiai turime elgtis su kiekvienu pasakojimu apie praeitį.

  • Od złodziejaszka do bohatera wojennego. Mężczyzna, który przetrwał najgorsze japońskie obozy

    Od złodziejaszka do bohatera wojennego. Mężczyzna, który przetrwał najgorsze japońskie obozy

    Na olimpiadzie w 1936 r . zaimponował samemu Hitlerowi. W czasie wojny przeżył 46 dni, dryfując na tratwie po Pacyfiku. Potem był więźniem najgorszych japońskich obozów jenieckich. Dziś 94-letni Louis Zamperini pomaga innym walczyć ze stresem i własnymi słabościami.

    7 sierpnia 1936 r. Stadion Olimpijski w Berlinie. Tysiące ludzi – wśród nich Führer – dopingują biegaczy walczących o medale na 5000 m. Na czele Finowie. Potem długo nikt i pozostali zawodnicy. Wśród nich o oddech walczy Louis Zamperini. Gdy już wydawało się, że padnie, młody Amerykanin włącza 6. bieg. Nie zdaje sobie sprawy, że cały stadion obserwuje jego finisz… Louis nie wygrał,zajął 8. miejsce, ale podczas ostatniego okrążenia nadrobił aż 46 m! Zdobył też serce niemieckiej publiczności… oraz Führera. Po biegu Louis usiadł na trybunach w pobliżu jego loży. Lekkoatleta chciał na pamiątkę zdjęcie przywódcy. Podał więc swój aparat Goebbelsowi. Szef propagandy wypytał zawodnika o personalia i oddalił się do Führera. Po chwili wrócił. „Hitler chce cię widzieć” – poinformował. „Szczęka mi opadła” – wspominał w  autobiografii Zamperini. Führer podał mu dłoń i powiedział: „Ach, to ty jesteś tym młodym człowiekiem z szybkim finiszem” – i uśmiechnął się. W tej chwili Louis jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że stojący przed nim dyktator przeszkodzi mu w przygotowaniach do kolejnej olimpiady.

    MAŁOMIASTECZKOWE TORNADO

    Jeszcze 6 lat wcześniej mieszkańcy małego Torrance w Kalifornii wróżyli Louiemu nie tyle karierę sportsmena, ile przestępcy. Młody Zamperini włóczył się bowiem po mieście, szukając okazji, by coś zwędzić lub zbroić. Moment zwrotny w jego życiu nastąpił w 1931 roku. Za kolejne przewinienie dyrektor lokalnego liceum zawiesił 14-letniego Louiego w zajęciach pozalekcyjnych. Jego starszy brat Pete przekonał pryncypała, że właśnie zmuszenie  winowajcy do uprawiania sportu może przynieść pozytywne efekty. Jednak to nie on namówił go do pierwszego startu. Zrobiły to… koleżanki z klasy. W biegu na 600 jardów (ok. 548 m) Louie poniósł spektakularną klęskę, która jednak podziałała na jego ambicję. Zaczął więc trenować wraz z bratem, który jechał za nim rowerem i dopingował go… kijem. W następnym roku Zamperini zaczął ustanawiać rekordy w biegu na milę (1609 m). Lokalne gazety ochrzciły go mianem Tornada z Torrance.

    Wkrótce dawny złodziejaszek zaczął marzyć o igrzyskach olimpijskich. Niestety na dystansie zbliżonym do mili – 1500 m – konkurencja była bardzo silna. Louie, który biegał od niedawna i w grudniu 1935 r. skończył liceum, nie miał szans w starciu ze starszymi zawodnikami. Wtedy bracia wpadli na absurdalny – wydawałoby się – pomysł. A gdyby tak spróbować sił na 5000 m, dystansie, na którym konkurencja nie była aż tak duża? Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. W lipcu 1936 r. Louis na dystansie, na którym biegł zaledwie kilka razy w życiu, uzyskał olimpijską kwalifikację, zajmując 2. miejsce w finałach w Nowym Jorku.

    BOMBARDIER Z CHOROBĄ LOKOMOCYJNĄ

    „Gdy dotarliśmy do Berlina, miasto było nieskazitelne – opowiada 94-letni dziś Louie „Focusowi Historia”. – Cały kraj był zmilitaryzowany. Sądziliśmy, że Hitler może mieć zakusy na jakieś państwo, ale nie przyszło nam na myśl, że porwie się na cały świat. Z wąsikiem a la Charlie Chaplin i przesadną gestykulacją odbieraliśmy go jako »niebezpiecznego komedianta«”. Tymczasem komedię zaczął odgrywać pozbawiony braterskiej kontroli Louie. Pewnego razu podczas spaceru ulicami Berlina lekkoatleta zauważył małą nazistowską flagę niedaleko wejścia do Kancelarii Rzeszy. Uznał, że stanowiłaby idealną pamiątkę z podróży. Gdy strażnicy odwrócili się, podbiegł i próbował ją zerwać. Okazało się jednak, że wisiała wyżej, niż myślał. „Gdy strażnicy odwrócili się, zobaczyli mnie i zaczęli krzyczeć – wspominał Louie w autobiografii. – Wyciągnąłem się, chwyciłem flagę i zacząłem biec. Usłyszałem trzask, który brzmiał jak wystrzał z karabinu i krzyk: »Halten Sie! Halten Sie!«”. Amerykanin posłusznie zatrzymał się i zaczekał na wachmanów. Gdy Niemcy zauważyli jego olimpijski strój, sprowadzili z Kancelarii oficera. Okazał się nim generał Werner von Fritsch, szef sztabu wojsk lądowych. Zamperini wytłumaczył mu, że chciał jedynie zyskać pamiątkę „szczęśliwych chwil, które spędził w Niemczech”… Generał podarował mu flagę.

    Po powrocie z Berlina Louie podjął studia na University of Southern California, który szczycił się świetną drużyną lekkoatletyczną. Z oczami skierowanymi ku kolejnym igrzyskom rzucił się w wir treningów. Niestety już wkrótce jego marzenia miały się rozwiać. Wojna, która wybuchła w Europie, szybko zmieniła się w konflikt światowy, a igrzyska odwołano. W marcu 1941 r., gdy sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, Zamperini zgłosił się do lotnictwa. Podczas szkolenia okazało się jednak, że w samolocie cierpi na chorobę lokomocyjną i nie nadaje się na pilota. Odszedł więc ze służby. Nie na długo jednak. W sierpniu 1941 r. został zmobilizowany i – po krótkim epizodzie w piechocie – trafił ponownie do lotnictwa. Tym razem nikt się nie przejmował, że przyszłemu bombardierowi robi się w kokpicie „niedobrze”. W październiku 1942 r. ppor. Louis Zamperini,  przydzielony  do  załogi  B-24 D „Superman” należącej do 372. eskadry 307. grupy bombowej 7. Armii Powietrznej, trafił do bazy Kahuku na wyspie Oahu na Hawajach.

    Od świąt Bożego Narodzenia Zamperini i jego koledzy bez szwanku wychodzili z nalotów na japońskie pozycje (m.in. na Wake).  Ich szczęście skończyło się w kwietniu podczas bombardowania Nauru. Po zrzuceniu ładunku Amerykanów przechwyciły japońskie myśliwce. Pilot „Supermana” Russell Allen Phillips (Phil) robił co mógł, by uniknąć zestrzelenia, ale Zera zdołały podziurawić bombowiec jak szwajcarski ser. Louis uwijał się jak w ukropie wśród rannych kolegów. Na szczęście mimo uszkodzeń Philowi udało się wylądować. To był jednak ostatni lot „Supermana”: w samolocie naliczono 594 dziury. Zdolni do dalszej służby członkowie załogi – wśród nich Phil i Louis – zostali przeniesieni do Kualoa.

    27 maja 1943 roku Louis i Phil mieli spędzić czas, wałęsając się po wyspie. W ostatniej chwili otrzymali jednak rozkaz wzięcia udziału w misji ratowniczej. Jakieś 200 mil na północ od Palmyry zaginęła załoga B-25. „Jeśli nie wrócimy w ciągu tygodnia, gorzała jest wasza” – nabazgrał Louis na swojej szafce w pokoju, zanim wsiadł do jedynego wolnego samolotu „Green Hornet”. Zamperini, Phil i pozostali członkowie załogi mieli duszę na ramieniu, wchodząc na pokład B-24, który do tej pory służył za… magazyn części zapasowych i słynął z tego, że w powietrzu zachowuje się nieprzewidywalnie.  

    PRZYGOTUJCIE SIĘ NA UDERZENIE!

    Początkowo misja odbywała się bez zakłóceń. W pewnym momencie drugi pilot Hugh Cuppernell zamienił się miejscami z Philem. Chwilę potem zgasł zewnętrzny z silników po lewej stronie. W takiej sytuacji mechanik powinien nacisnąć przycisk, umożliwiający ustawienie śmigieł w chorągiewkę. Niestety pomylił się i wyłączył lewy wewnętrzny silnik! Samolot wpadł w spiralę. „Spadanie w samolocie to najbardziej przerażające doświadczenie w życiu – wspominał Louie w autobiografii. – Te chwile, kiedy spadasz, przypominają jazdę na kolejce górskiej. Z jedną ważną różnicą: na rollercoasterze zamykasz oczy, wytrzymujesz mimo przerażenia, i przeżywasz. W spadającym samolocie jest tylko przerażenie (…)”. 

    „Na stanowiska! Przygotować się na uderzenie!” – krzyknął Phil, który desperacko próbował wyciągnąć samolot ze  spirali. Louie skulił się i czekał na śmierć. W momencie zderzenia z wodą jego ciało gwałtownie poleciało do przodu. Następnie poczuł zalewającą go wodę. Samolot zaczynał powoli tonąć. Zamperini chciał wydostać się na zewnątrz, ale zaplątał się w przewody. Jeden z kabli zaciskał się wokół jego gardła. Louie dusił się. Zemdlał. I wtedy stało się coś niesamowitego. W zanurzającym się samolocie odzyskał przytomność. Wokół niego nie było już przewodów. „Nie wiem, jak to się stało. Byłem w 100 proc. przekonany, że umrę. Chyba jakiś anioł czuwał nade mną” – opowiada „Focusowi Historia”.

    Zamperini wynurzył się i spostrzegł dwie postacie unoszące się na resztkach zapasowego zbiornika paliwa. Oprócz niego katastrofę przeżył Phil oraz ogonowy strzelec Francis P. McNamara (Mac). Louisowi udało się przechwycić dwie gumowopłócienne tratwy ratunkowe wielkości metr na dwa. Pomógł kolegom wspiąć się do środka. Nie pozostało im nic innego jak czekać na ratunek.

    Niestety w katastrofie przepadło pudełko z zapasami, które powinien trzymać Mac. Rozbitkowie musieli się zadowolić tym, co znaleźli na tratwach: kilkoma batonikami czekolady oraz puszkami wody objętości ok. 240 ml. Poza tym znaleźli lusterko, pistolet na flary, barwnik do wody, haczyki, żyłkę, dwie pompki do tratw, obcęgi i śrubokręt, łatki. Nie było ani noża, ani kompasu!

    „Umrzemy!” – krzyknął Mac niedługo po katastrofie. Zamilkł dopiero, gdy Louis uderzył go w twarz. To był jednak dopiero początek problemów z McNamarą, który załamał się. Gdy zapadła noc, strzelec sam zjadł zapasy. Od tej pory lotnicy mogli liczyć tylko na to, co sobie „zorganizują”.  Dwa razy nad ich głowami  przelatywały samoloty, dając nadzieję. Dwa razy wystrzeliwali race i czekali. Nadaremnie. Zostało im tylko rozmyślanie. Phil prawdopodobnie obwiniał siebie za ich los. „Być może zamiana miejsc przyczyniła się do katastrofy, ale ten samolot był kompletnym gratem. Równie dobrze mógł spaść bez niczyjej »pomocy«” –  opowiada Zamperini  „Focusowi”. On w każdym razie nie winił  pilota. 

    Wkrótce musiał myśleć o czymś innym. Skromne zapasy wody szybko się skończyły. Na szczęście po trzech dniach spadł deszcz. Rozbitkowie łapali wodę w pochewki od pompek do tratw. Następnie brali płyn do ust i wypluwali do puszek. Jedynie w ten sposób mogli zabezpieczyć wodę przed solą z bryzgających fal. Natura kilkakrotnie ratowała ich przed śmiercią z pragnienia, choć raz musieli wytrzymać 7 dni bez wody. Do pragnienia dochodził głód. Lotnicy kilkakrotnie złapali albatrosy, które brały ich za kawałki skały i siadały im na głowie. Surowe mięso – poza zaspokojeniem pierwszego głodu – służyło jako przynęta dla ryb. Połowy nie były jednak zbyt obfite. Rozbitkowie mieli też jeszcze jeden problem – krążące wokół tratwy rekiny. Niektóre z nich, nie mogąc doczekać się na posiłek, wyskakiwały z wody, próbując złowić sobie obiad… 

    27. dnia rozbitkowie dostrzegli samolot. Natychmiast wystrzelili w jego kierunku race i zamarli w oczekiwaniu. Nagle stał się cud. Samolot zawrócił i zaczął obniżać wysokość. Wybuch radości na tratwie ostudziła seria z karabinu maszynowego. Zostali ostrzelani! Rozbitkowie zeskoczyli do wody i schowali się pod tratwę, nie zważając na kręcące się wokół rekiny. Po chwili Louie musiał pomagać kolegom wspiąć się z powrotem do środka. Japoński bombowiec nie dał jednak za wygraną. Wracał jeszcze cztery razy – za każdym podejściem Louie chował się pod wodą, jego koledzy jednak byli już na to za słabi. Zostawali na tratwie, udając martwych. O dziwo nikt – poza tratwą – nie ucierpiał. Kolejne dni Amerykanie spędzili na łataniu tratwy.

    „Byłem zbyt zajęty tym, aby wymyślić, jak przetrwać, by martwić się o śmierć” – wspominał Louie w rozmowie z „Focusem” dni spędzone na tratwie. Niemal od razu zaczął zabawiać towarzyszy rozmową. Phil i Zamperini opowiadali o swoim życiu oraz o… przepisach na ulubione potrawy. Wkrótce umieli je już na pamięć.

    „Studiując na USC, chodziłem na zajęcia dr. Webstera – tłumaczy „Focusowi” swoją taktykę. – Nauczył nas, że mózg to taki mięsień. Jeśli go nie używasz, ulega atrofii. Po prostu zmuszałem nas do używania mózgów, stosując ćwiczenia myślowe”. I to okazało się kluczem do przeżycia. „To, co zrobił, było genialne! – podkreśla amerykański psycholog, specjalizujący się w leczeniu traumatycznych przeżyć, dr Robert Scott w rozmowie z „Focusem”.  – Zdolność do użycia wyobraźni i poczucie humoru  Zamperiniego na tratwie były zadziwiające” – kontynuuje Scott i właśnie w tym, obok siły fizycznej i cech osobowościowych, upatruje sekret jego przetrwania. Tych cech nie miał Mac… Po 33 dniach zmarł.

    Trzynaście dni później w tratwę uderzył tajfun. Gdy się przejaśniło, Phil i Louis dostrzegli ląd. Wkrótce przechwyciła ich załoga japońskiej łodzi motorowej. „Gdy Japończycy nas znaleźli, na początku odczuliśmy ulgę, że zejdziemy z tratwy – opowiada Louie „Focusowi”. – Lepiej było cierpieć w japońskim obozie jenieckim niż umrzeć na morzu… Ale wkrótce miałem sprzeczne uczucia”. 

    POJEDYNEK Z PTAKIEM

    Rozbitkowie wylądowali na Wotje na Wyspach Marshalla. Początkowo Japończycy traktowali ich dobrze, jednak po kilku dniach nadszedł rozkaz o przeniesieniu jeńców na Kwajalein zwaną Wyspą Egzekucji. „Cela była bardzo niehigieniczna, musiałem spać z głową obok dziury, której używałem jako toalety – wspomina Louie. – Najgorsze jednak były ataki biegunki. Na tratwie musieliśmy przeżyć o łyku wody. Tutaj po prostu przez nas przelatywała”. Strażnicy regularnie pastwili się nad jeńcami, nie tylko fizycznie, ale pokazując niedwuznacznie gestem, że wkrótce zostaną ścięci. 

    Na Kwajalein rozpoczęły się przesłuchania, które kontynuowano w obozie Ofuna, dokąd mimo gróźb strażników przeniesiono Louisa i Phila pod koniec sierpnia. Po ponad roku Zamperini został skierowany do Omuri niedaleko Tokio. Tam spotkał swego prześladowcę kaprala Mutsuhiro Watanabe, zwanego przez więźniów „Ptakiem”. „Krzywdzenie jeńców sprawiało mu przyjemność. Zaspokajał swoje seksualne pożądanie, krzywdząc ich” – opisywał „Ptaka” obozowy księgowy Yuichi Hatto. W dodatku nikt z oficerów mu w tym nie przeszkadzał.

    Niemal natychmiast Watanabe skupił się na Louiem. „Jako biegacz olimpijski miałem wartość propagandową dla Japończyków. Sądzę, że zdecydowali się podkusić »Ptaka«, by spróbował mnie złamać, abym był skłonny do współpracy” – opowiada Zamperini „Focusowi”. Watanabe codziennie tropił więc Louiego, by się na nim wyładować. Wkrótce okazało się, do czego miał go „zmiękczyć”. W połowie listopada producenci z Tokio zaproponowali Zamperiniemu udział w audycji propagandowej „Postman Calls” transmitowanej na teren USA. Mógł sam napisać przemówienie, informujące rodzinę o tym, że żyje. Louie po konsultacji z wyższym oficerem zgodził się. Po pierwszej audycji producenci wrócili – tym razem z gotowym tekstem propagandowym do przeczytania. Amerykanin nie zgodził się. Za karę miał być przeniesiony do „obozu karnego”.

    Tymczasem z końcem roku przeniesiono nie Zamperiniego, lecz Watanabe. Szczęście nie trwało długo. 28 lutego 1945 r. Louie i kilku jego kolegów zostali odkomenderowani do obozu 4B Naoetsu na zachodnim wybrzeżu Japonii. Tam spotkali… „Ptaka”, który niemal oszalał z radości. Uważał bowiem, że więźniowie się za nim stęsknili! Natychmiast też zaczął pastwić się nad Louiem. To właśnie w Naoetsu Zamperini był najbliżej poddania się. Gdy nabawił się kontuzji podczas rozładowywania barki z węglem (w Naoetsu oficerowie także musieli pracować), aby odzyskać obcięte racje żywnościowe, poprosił Watanabe o przydzielenie do innej pracy. Ten wyznaczył mu funkcję świniopasa. Jednocześnie zakazał używania narzędzi do czyszczenia wybiegu. Louie, który zawsze miał bzika na punkcie higieny, musiał więc zbierać ekskrementy gołymi rękoma. Od załamania i śmierci uratowały go bomby atomowe zrzucone na Japonię…

    EPILOG

    Louie po kilku miesiącach wrócił do domu. Stał się gwiazdą mediów. Zaczął też ostro pić. „Po powrocie Louis, który doskonale trzymał się podczas niewoli, cierpiał na gwałtowne reakcje posttraumatyczne (PTSD) – miał koszmary, zaburzenia snu, depresję, stany lękowe – tłumaczy dr Scott. – Należał więc do tej grupy ludzi, u której PTSD rozwija się w opóźnieniu”. Louis usiłował trenować, by wrócić do olimpijskiej formy, lecz w trakcie forsownych ćwiczeń odnowiła się kontuzja z Japonii. Jego kariera definitywnie się skończyła. Ożenił się, lecz nie udało mu się wyjść na prostą. Roztrwonił oszczędności, a alkohol stał się poważnym problemem. Pewnego dnia obudził się, dusząc swą żonę. Myślał, że to „Ptak”… Zespół stresu pourazowego nie był wówczas jednostką chorobową, Zamperini nie miał więc co liczyć na fachową pomoc. „Louis znalazł ukojenie w religii” – tłumaczy dr Scott nagłe nawrócenie lotnika. Po kilku latach Zamperini pod wpływem kaznodziei Billego Grahama sam postanowił głosić Słowo Boże. Pojechał nawet do obozu dla japońskich zbrodniarzy w Sugamo, by im przebaczyć. „Doświadczenie, które jest przerażające, czasem może wyjść ludziom na dobre. Gdy wezmą pod uwagę to, jak stali się silniejszymi osobami, jak dojrzeli, jest możliwe, że powiedzą: »Jestem lepszą osobą dzięki temu, co przeszedłem«. Innymi słowy, jak mówi słynna sentencja: Co cię nie zabije, to cię wzmocni”.


    SPECJALNIE DLA „FOCUSA HISTORIA”  DR ROBERT SCOTT wyjaśnia, co zwiększa szanse na przetrwanie w ekstremalnych sytuacjach

    „Jeśli jest pod dostatkiem wody i jedzenia, a warunki naturalne (pogoda, temperatura) nie są zbyt ostre, rozbitkowie mogą wytrzymać tygodniami, może miesiącami, zanim stres związany z przetrwaniem odciśnie na nich piętno. W sytuacji, w jakiej przebywał Louis, stres powodują przede wszystkim: poczucie utraty kontroli i niepewność, czy zostaniesz uratowany. To właśnie ona jest tak wyczerpująca dla ciała i umysłu. Louisowi przeżycie umożliwiły jego cechy osobowości i wcześniejszy trening fizyczny oraz siła. Badania nad stresem wskazują, że ludzie, którzy są psychicznie odporni (to ci, którzy widzą szklankę w połowie pełną i są nastawieni na rozwój) i wykazują rezyliencję, czyli umiejętność dostosowania się do zmieniającej się sytuacji, mają większą szansę na przetrwanie intensywnego stresu i uporanie się później z traumatycznymi wspomnieniami”.