Aby przygotować kaloryfer na nowy sezon grzewczy, należy go najpierw odpowietrzyć, a następnie dokładnie wyczyścić. Do odpowietrzenia potrzebne nam będą: miska lub małe wiaderko, szmatka lub ręcznik i specjalny kluczyk do odpowietrzania lub śrubokręt (zależy od typu zaworu).
Najpierw należy wyłączyć ogrzewanie (w niektórych blokach mieszkalnych sezon grzewczy właśnie się zaczyna) i poczekać, aż kaloryfer całkowicie ostygnie, aby się nie oparzyć. Następnie zamykamy zawór termostatyczny i zakręcamy pokrętło dopływu wody przy grzejniku. Pod zaworem odpowietrzającym umieszczamy miskę i ręcznik – z grzejnika może popłynąć woda. Po odkręceniu odpowietrznika zakładamy kluczyk lub śrubokręt i powoli kręcimy w lewo (przeciwnie do wskazówek zegara) aż pojawi się syczenie uchodzącego powietrza.
Następnie zamykamy zawór – gdy powietrze ujdzie i zacznie lecieć jednolity strumień wody bez pęcherzyków, mocno dokręcamy zawór w prawo.
Na koniec należy również sprawdzić ciśnienie – w domach jednorodzinnych warto upewnić się, że piec wskazuje prawidłowe ciśnienie wody.
Przed rozpoczęciem sezonu grzewczego należy także dokładnie wyczyścić kaloryfer. Co ważne, nie musimy go wcale rozkręcać i kupować specjalistycznych szczotek – istnieje kilka prostych trików, które nam w tym pomogą.
Jeden z nich to zastosowanie suszarki do włosów – silny strumień powietrza pomoże nam wydmuchać kurz z trudno dostępnych miejsc. Drugi polega na wykorzystaniu worka na śmieci – wystarczy umieścić go pod grzejnikiem lub możliwie blisko jego dolnej krawędzi. Worek można również przykleić. Następnie wystarczy sięgnąć po suszarkę i ustawić nawiew w stronę górnej części grzejnika, tak aby powietrze przeszło przez szczeliny i skierowało zgromadzony kurz do worka. Po zakończeniu pracy wystarczy zwinąć worek i wyrzucić zebrany kurz. Na koniec możemy też przetrzeć grzejnik wilgotną ściereczką.
Warto pamiętać, że grzejnik należy regularnie czyścić w trakcie całego sezonu.
Przed rozpoczęciem sezonu grzewczego należy też sprawdzić czy kaloryfer działa prawidłowo. Jeśli słyszymy niepokojące odgłosy, a urządzenie nagrzewa się nierównomiernie, należy pilnie skonsultować się z administracją, instalatorem lub serwisem odpowiednim dla danego systemu ogrzewania.
Czyszczenie listew najlepiej zacząć na sucho. To ważne szczególnie wtedy, gdy dawno nie były myte. Kurz, włosy i drobinki piasku przyklejone do powierzchni po kontakcie z wodą mogą zamienić się w trudną do usunięcia warstwę brudu.
Najpierw odkurz listwy miękką końcówką odkurzacza. Możesz też użyć suchej mikrofibry albo miękkiej szczotki. Więcej uwagi poświęć miejscom, w których listwa styka się z podłogą. To właśnie tam często gromadzi się najwięcej kurzu. Najlepiej wyciągnąć go odkurzaczem nastawionym na maksymalną siłę ssania. Dzięki temu nie będziesz wpychać kurzu do środka szczelin.
Po odkurzaniu trzeba listwy umyć. Wystarczy ciepła woda z niewielką ilością delikatnego detergentu, na przykład płynu do naczyń. Najważniejsze jest, żeby listew przypodłogowych nie namaczać zbyt mocno. Może to zniszczyć ich strukturę, a napęczniałe mogą zacząć odklejać się od podłogi lub ściany. Najlepiej zwilż mikrofibrę, dobrze ją wyciśnij i przetrzyj powierzchnię.
W przypadku listew z tworzywa sztucznego możesz pozwolić sobie na nieco dokładniejsze mycie. Jednak również tutaj nie warto używać dużej ilości wody. Szczególnej ostrożności wymagają listwy drewniane i wykonane z materiałów drewnopochodnych. Nadmiar wilgoci może wnikać w materiał, powodować jego pęcznienie albo uszkodzić wykończenie. Po umyciu warto więc od razu wytrzeć powierzchnię do sucha.
Przed zastosowaniem nowego środka sprawdź najpierw jego działanie na mało widocznym fragmencie. Lepiej też zrezygnować z agresywnych preparatów, wybielaczy, silnych rozpuszczalników i szorstkich gąbek. Mogą zmatowić powierzchnię albo pozostawić trwałe ślady. Naruszona warstwa zewnętrzna będzie w przyszłości łatwiej zbierać kurz i brud.
Jeżeli listwy są nie tylko zakurzone, ale mają też szare ślady lub tłusty nalot, samo przetarcie wodą może nie wystarczyć. W takiej sytuacji można przygotować miskę z ciepłą wodą i dodać pół szklanki octu oraz płyn do naczyń. Taki roztwór dobrze radzi sobie z tłustymi zabrudzeniami, a jednocześnie jest łagodniejszy niż wiele silnych środków czyszczących.
Mikrofibrę zanurz w roztworze i bardzo dobrze wyciśnij. Następnie przetrzyj zabrudzone miejsce, bez mocnego szorowania. Jeśli ślad nie schodzi za pierwszym razem, lepiej powtórzyć czynność niż używać coraz silniejszego detergentu.
Na białych listwach często widoczne są czarne ślady otarć i obuwia. Takie zabrudzenia możesz przetrzeć tzw. magiczną gąbką lub gumką do ścierania. Z nią warto jednak uważać, ponieważ działa ona jak bardzo drobny materiał ścierny. Na niektórych powierzchniach może pozostawić matowe miejsce.
Najwięcej problemów w przypadku listew podłogowych sprawiają szczeliny, narożniki i miejsca za meblami. Kurz można stamtąd wyciągnąć cienką końcówką odkurzacza albo miękkim pędzelkiem. Do narożników dobrze sprawdza się również lekko zwilżony patyczek kosmetyczny lub niewielka ściereczka nawinięta na cienki przedmiot.
Jeżeli na listwach znajdują się przewody prowadzone w specjalnych kanałach, przed myciem trzeba uważać, aby woda nie dostała się do ich wnętrza. W takich miejscach bezpieczniejsze będzie dokładne przetarcie dobrze wyciśniętą mikrofibrą.
Po wyczyszczeniu listwy warto przetrzeć preparatem antystatycznym. Dzięki temu kurz nie będzie na nich tak łatwo osiadał. Najlepiej też myć je regularnie, najlepiej przy okazji odkurzania podłogi. Dzięki temu nie zdąży się na nich utworzyć trudna do usunięcia warstwa kurzu i tłustego osadu. Zamiast później szorować całą powierzchnię, wystarczy kilka minut z mikrofibrą i delikatnym środkiem czyszczącym.
PSZOK, czyli Punkt Selektywnej Zbiórki Odpadów Komunalnych, znajduje się w każdej gminie. Mieszkańcy mogą zwozić do niego śmieci generowane w gospodarstwach domowych, tzw. odpady komunalne. Najczęściej trafiamy do niego w chwili, kiedy mamy odpady, których nie jesteśmy pewni lub nie możemy wrzucić do kontenera. Warto jednak wiedzieć, że nie wszystkie odpady PSZOK przyjmie. Zawieźć do niego możemy:
W przypadku odpadów wielkogabarytowych ich transport może być problematyczny. Warto zatem sprawdzić w swojej okolicy, kiedy zbierane są tego rodzaju śmieci. Najczęściej zbiórki organizowane są kilka razy w miesiącu.
Działalność PSZOK regulowana jest przez konkretną gminę, co oznacza, że poszczególne punkty mogą różnić się w zakresie przyjmowanych odpadów. W większości przypadków jednak punkty te nie przyjmują:
Warto także pamiętać, że PSZOK-i są punktami selektywnej zbiórki odpadów, co oznacza, że nie przyjmą odpadów zmieszanych w jednym worku. Każdy powinien najpierw samodzielnie posegregować je w domu.
PSZOK zbiera odpady z gospodarstw domowych, dlatego nie przyjmie także odpadów poprodukcyjnych lub generowanych przez przedsiębiorstwa gospodarcze.
O tym, czy dany PSZOK przyjmie odpady czy nie, decyduje również ich liczba. W regulaminie wielu punktów można odnaleźć limity, które obowiązują mieszkańców danej gminy. Często wyrażone są w liczbie oddawanych odpadów np. opon lub ich wadze np. jedna tona śmieci na gospodarstwo domowe rocznie. Po przekroczeniu danych limitów punkt może nie przyjąć odpadów lub naliczyć dodatkową opłatę. Przed udaniem się do PSZOK warto zapoznać się z jego regulaminem.
Z dniem 1 stycznia 2025 roku weszła w życie nowelizacja dyrektywy unijnej w sprawie odpadów. Zgodnie z nią każdy PSZOK ma obowiązek prowadzenia zbiórki tekstyliów. Często nie wiemy, co zrobić ze starymi i zniszczonymi ubraniami, butami czy galanterią skórzaną, która nie nadaje się do ponownego użytku. Nie należy wyrzucać takich rzeczy do czarnych kontenerów na odpady zmieszane, tylko zawieźć do PSZOK. W punktach zbierane są również stare firany, obrusy czy pościel.
Przeterminowane leki, strzykawki czy igły również są odpadami problematycznymi, które nie powinny trafiać do kontenerów na śmieci. Ich zbieraniem zajmują się apteki lub punkty PSZOK. Bez problemu możemy je do nich zawieźć, o ile są to odpady z własnej apteczki, a nie działalności placówek ochrony zdrowia.
W domu przeterminowaniu mogą ulec także odżywki czy środki ochrony roślin. W ich składzie często znajdują się substancje, które są niebezpieczne dla środowiska. Składowanie ich na ogólnych wysypiskach śmieci może prowadzić do zatrucia gleby czy wód podziemnych. Każdy PSZOK ma obowiązek składowania także takich niebezpiecznych produktów ochrony roślin zawierających fosforek gliny czy magnezu. Należy je jednak dostarczyć w szczelnym opakowaniu.
Jeśli PSZOK nie przyjmie odpadów, to nie oznacza, że możemy je wyrzucić do czarnego kontenera, szczególnie gdy mają duże gabaryty lub są niebezpieczne dla środowiska. W takiej sytuacji należy odnaleźć firmy, które zajmują się ich utylizacją. W tym pomoże bezpłatna wyszukiwarka, otwiera się w nowym oknie udostępniona przez GIOŚ. Na podstawie kodu danego odpadu można odnaleźć podmiot, który odbierze go od nas. Wyszukiwanie można zawęzić do danego miasta czy gminy.
Dlaczego warto wybrać olchę? Najważniejsze właściwości
Choć charakteryzuje się niższą gęstością niż dąb czy grab, olcha zachwyca kulturą spalania, łatwością obróbki i niesamowitym aromatem. Olcha należy do lekkich i miękkich gatunków drewna liściastego, co przekłada się na jej wyjątkowe parametry użytkowe. Jest niezwykle łatwa w obróbce – świetnie się łupie i szybko schnie, dzięki czemu czas jej sezonowania jest znacznie krótszy niż w przypadku twardych gatunków.
DLA CIEBIE
Majsterkowa szefowa odc. 3 – Pokój ucznia. Jak stworzyć przestrzeń do nauki i odpoczynku?
To drewno cenione za czyste i spokojne spalanie. Szybko osiąga wysoką temperaturę, tworząc jasny, żywy i równomierny płomień. Dodatkowo podczas palenia emituje minimalną ilość dymu i sadzy oraz pozostawia śladowe ilości popiołu, co pozwala utrzymać kominek lub piec w czystości.
Kaloryczność i parametry opałowe olchy
Choć olcha pali się znakomicie, warto pamiętać o jej specyfice opałowej:
Wartość opałowa: Wynosi około 13–15 MJ/kg (szacunkowa kaloryczność po wysezonowaniu to ok. 1600 kWh/mp lub 4 kWh/kg). To wynik nieco niższy niż u twardych gatunków (takich jak grab, buk czy dąb), dlatego olcha daje nieco mniej ciepła z tej samej objętości.
Gęstość: Około 520 kg/m³ po wysuszeniu – dla porównania, twarde gatunki liściaste osiągają znacznie wyższe wartości (buk to ok. 680 kg/m³, dąb ok. 660 kg/m³, a rekordowy grab aż 750 kg/m³). To właśnie niższa gęstość sprawia, że olcha jest drewnem lżejszym, łatwiejszym do rąbania i szybciej oddającym ciepło.
Czas schnięcia: Ze względu na luźniejszą strukturę, drewno olchowe schnie błyskawicznie – odpowiednio składowana olcha jest gotowa do użycia znacznie szybciej niż inne gatunki liściaste.
Niezwykłe cechy olchy sprawiają, że znajduje ona szerokie zastosowanie w przydomowej gospodarce:
1. Królowa wędzenia
To absolutnie największa zaleta drewna olchowego. Podczas spalania wydziela ono delikatny, przyjemny zapach, który nadaje wędzonym mięsom, wędlinom oraz rybom piękny, złocisto-brązowy kolor i niepowtarzalny głęboki aromat. To podstawowe drewno wykorzystywane w tradycyjnym wędliniarstwie.
2. Codzienny opał do kominka, pieca i “kozy”
Olcha doskonale sprawdza się przy codziennym paleniu w kominkach i piecach. Ponieważ pali się czysto i nie strzela iskrami, tworzy przyjemną, bezpieczną atmosferę w salonie.
3. Idealna rozpałka
Dzięki szybkiej reakcji na ogień i sprawnej emisji ciepła drobne szczapy olchowe są niezastąpione jako rozpałka do szybkiego nagrzania zimnego paleniska.
Drewno olchowe stanowi atrakcyjną, tańszą alternatywę dla twardych gatunków opałowych. Ceny olchy w przeliczeniu na metr przestrzenny (MP) wynoszą zazwyczaj od 170 do 300 zł, w zależności od regionu Polski, formy sprzedaży (wałki, szczapy) oraz stopnia wysuszenia.
Olcha to doskonały wybór dla każdego, kto szuka łatwego w obsłudze, czystego i pięknie pachnącego opału, a także niezastąpionego surowca do domowego wędzenia. Choć spala się nieco szybciej niż dąb, niska cena i doskonałe walory użytkowe czynią z niej jeden z najpopularniejszych gatunków na rynku.
Sezon grzewczy nieuchronnie niesie ze sobą ryzyko wyższych rachunków. Jak zatrzymać więcej ciepła w domu bez inwestowania w kosztowne remonty? Z pomocą przychodzi prosty patent – ekran z folii aluminiowej za kaloryferem. Sprawdź, jak go wykonać w 5 minut.
Dodaj WP Dom jako preferowane źródło w Google
Nasze treści będą częściej wyświetlać się w Twoich wynikach Google
Gdy temperatura za oknem gwałtownie spada, wielu z nas od razu sięga po pokrętło termostatu. Zanim jednak po raz kolejny podkręcisz ogrzewanie i narazisz się na wysokie opłaty, warto przyjrzeć się, jak ciepło rozchodzi się po Twoim mieszkaniu. Wiele osób zastanawia się, jak zatrzymać gorące powietrze wewnątrz pomieszczeń bez konieczności kupowania drogich ekranów zagrzejnikowych czy przeprowadzania skomplikowanych prac budowlanych.
Z pomocą przychodzi jeden z najpopularniejszych domowych sposobów – ekran ze zwykłej folii aluminiowej umieszczony na ścianie za kaloryferem. Wystarczy zaledwie chwila i kilka przedmiotów z kuchennej szuflady, by w prosty sposób uszczelnić swój domowy system grzewczy, podnieść temperaturę w pokoju o 1–2°C i wyraźnie odciążyć domowy budżet.
Duża część energii generowanej przez grzejnik zamiast trafiać do wnętrza pokoju jest bezpowrotnie pochłaniana przez zimną ścianę zewnętrzną. Problem ten występuje szczególnie w starszych budynkach i nieocieplonych kamienicach, gdzie ściana za kaloryferem działa jak “gąbka” na ciepło.
Folia aluminiowa działa jak domowy reflektor cieplny. Bazując na prostych prawach fizyki, odbija promieniowanie podczerwone emitowane przez grzejnik i kieruje je z powrotem do pomieszczenia. W efekcie ściana nie nagrzewa się bezużytecznie, a temperatura w pokoju może wzrosnąć nawet o 1–2°C bez pobierania dodatkowej energii z sieci.
Na rynku dostępne są dedykowane maty zagrzejnikowe z pianki spienionej pokrytej folią. Choć profesjonalny panel izolacyjny zapewnia dodatkową warstwę termiczną dzięki grubości pianki, samoróbka z folii aluminiowej i tektury działa na bardzo zbliżonej zasadzie:
Wykonanie i montaż ekranu są niezwykle proste i nie wymagają zdejmowania grzejnika ani użycia specjalistycznych narzędzi:
Folia za grzejnikiem działa najlepiej w połączeniu z odpowiednimi nawykami grzewczymi:
Trik z folią aluminiową umieszczoną za grzejnikiem to niedrogi, bezpieczny i niezwykle skuteczny patent na przetrwanie zimowych chłodów. Wykorzystując materiały z kuchennej szuflady, ograniczasz straty energii, podnosisz komfort cieplny w mieszkaniu i dbasz o domowy budżet bez zbędnych wyrzeczeń.
Gdy temperatura za oknem spada, nasz domowy ekosystem przełącza się w tryb zimowy. Krótszy dzień, chłodniejsze wieczory i częstszy pobyt w domu sprawiają, że częściej doświetlamy pomieszczenia, intensywniej dogrzewamy pokoje, a urządzenia AGD i RTV pracują na wyższych obrotach. Połączenie sezonowych potrzeb z nieświadomymi nawykami potrafi podbić comiesięczny rachunek nawet o kilkadziesiąt procent. Oto główni winowajcy jesienno-zimowych “rachunków grozy”.
DLA CIEBIE
Majsterkowa szefowa odc. 3 – Pokój ucznia. Jak stworzyć przestrzeń do nauki i odpoczynku?
1. Elektryczne dogrzewanie – termowentylatory i grzejniki olejowe
Największym obciążeniem dla domowego budżetu w chłodne dni są przenośne farelki i grzejniki elektryczne. Urządzenia te potrafią pobierać od 2000 W do nawet 2500 W prądu. Uruchomienie takiego sprzętu na zaledwie dwie-trzy godziny dziennie, by dogrzać sypialnię czy łazienkę, może zwiększyć miesięczny rachunek o kilkadziesiąt do ponad stu złotych.
2. Suszarka do ubrań – jesienny niezbędnik
Mokre pranie rozwieszone w domu jesienią schnie wolno i podnosi wilgotność powietrza, dlatego chętnie sięgamy po suszarki bębnowe. To gigantyczna wygoda, ale i spore wyzwanie dla portfela – zwłaszcza w przypadku starszych modeli bez pompy ciepła, które na jeden cykl potrafią zużyć od 2,5 do nawet 4 kWh energii.
Jesienią i zimą znacznie częściej sięgamy po gorącą herbatę czy kawę. Czajnik elektryczny (o mocy ok. 2000–2200 W) gotuje wodę szybko, ale wielokrotne włączanie go “na zapas” – nalewając pełen zbiornik dla przygotowania jednego kubka – drastycznie podnosi zużycie prądu w skali całego miesiąca.
4. Oświetlenie i praca w trybie uśpienia (Standby)
Szybko zapadający zmierzch wymusza korzystanie ze światła już od wczesnego popołudnia. Jeśli w domu wciąż pracują tradycyjne żarówki lub halogeny, opłaty skoczą natychmiast. Dodatkowy, cichy koszt to urządzenia w trybie standby – telewizory, dekodery, konsolki do gier i ładowarki zostawione w gniazdkach. Zostawienie ich na noc czy na czas pobytu w pracy oznacza stały, niepotrzebny pobór tzw. “prądu-widma”.
Jak zatrzymać uciekający prąd? 5 złotych zasad na jesień i zimę
Zmień nawyki przy ogrzewaniu: Zamiast włączać farelkę, najpierw odpowietrz kaloryfery i odsłoń je (nie zasłaniaj ich ciężkimi zasłonami ani meblami). Przejście na ogrzewanie z sieci lub dedykowany system jest nieporównywalnie tańsze niż prąd z gniazdka.
Gotuj tyle, ile potrzebujesz: Do czajnika wlewaj tylko tyle wody, ile w danej chwili wypijesz. Podczas gotowania na płycie indukcyjnej zawsze używaj pokrywek – skraca to czas przygotowania posiłku o ponad połowę.
Przejdź w 100 proc. na LED: Wymiana tradycyjnych źródeł światła na energooszczędne żarówki LED redukuje zużycie prądu na oświetlenie nawet o 80–80 proc.
Wyłączaj listwy zasilające: Podepnij sprzęt RTV i komputerowy pod listwę z przełącznikiem i wyłączaj ją na noc. Wyeliminujesz w ten sposób niepotrzebny pobór prądu w trybie standby.
Wykorzystuj ciepło resztkowe: Wyłączaj piekarnik lub płytę na 5–10 minut przed końcem pieczenia – zgromadzone ciepło dokończy potrawę bez pobierania dodatkowej energii.
Jesienny skok rachunków za prąd nie musi być regułą. Zrozumienie, które sprzęty pobierają najwięcej energii, oraz wdrożenie kilku prostych, bezkosztowych nawyków pozwalają skutecznie obniżyć domowe opłaty, zachowując pełen komfort i ciepło przez całą zimę.
Współczesny sprzęt AGD i elektronika przez lata przyzwyczaiły nas do przykrego schematu: awaria niedługo po gwarancji, niebotycznie drogie części zamienne oraz diagnoza serwisu mówiąca, że “bardziej opłaca się kupić nowe”. Unijne Prawo do Naprawy ma raz na zawsze ukrócić te praktyki, czyniąc serwisowanie sprzętu tańszym, łatwiej dostępnym i bardziej opłacalnym niż wymiana na nowy model. Dzięki temu zepsuta pralka, lodówka czy zmywarka nie będą lądować na śmietniku z automatu i powiększać stos elektrośmieci oraz drenować portfele nowymi zakupami. Choć unijna dyrektywa już weszła w życie, Polska jest obecnie na etapie dostosowywania krajowych przepisów do nowych wymogów.
DLA CIEBIE
Majsterkowa szefowa odc. 3 – Pokój ucznia. Jak stworzyć przestrzeń do nauki i odpoczynku?
Unijne regulacje a sytuacja w Polsce
Unijna dyrektywa w sprawie Prawa do Naprawy weszła w życie pod koniec lipca 2026 r. i wyznacza jasne ramy dla całego rynku europejskiego. Warto jednak pamiętać o obecnym statusie prawnym: podczas gdy unijne przepisy już obowiązują na poziomie Unii Europejskiej, polskie ustawodawstwo jest obecnie na etapie projektowania i wdrażania przepisów krajowych. Państwa członkowskie mają wyznaczony czas na pełną transpozycję dyrektywy do prawa krajowego, co oznacza, że polscy konsumenci w najbliższym czasie odczują pełne efekty tych zmian w codziennych relacjach z serwisami i producentami.
Nowe przepisy wprowadzają szereg twardych obowiązków dla producentów oraz ułatwień dla konsumentów i niezależnych warsztatów:
Obowiązek naprawy po gwarancji: Producenci dużych sprzętów AGD (takich jak pralki, lodówki, zmywarki czy suszarki) zostali zobowiązani do oferowania usług naprawczych również po wygaśnięciu standardowej gwarancji – chyba że naprawa jest fizycznie niemożliwa ze względów technicznych.
Dostępność części w rozsądnych cenach: Producenci muszą zapewnić powszechny dostęp do części zamiennych oraz specjalistycznych narzędzi. Co kluczowe, ceny elementów nie mogą być sztucznie wyśrubowane, by nie zniechęcać klienta do naprawy.
Koniec z blokadami dla niezależnych serwisów: Producent nie może odmówić naprawy ani unieważnić ochrony tylko dlatego, że sprzęt był wcześniej serwisowany w niezależnym, lokalnym warsztacie. Zakazano również stosowania barier oprogramowania lub rozwiązań technicznych, które blokowałyby użycie zamienników lub utrudniały pracę niezależnym fachowcom.
Standaryzowany Formularz Informacyjny: Wprowadzono dobrowolny, ujednolicony Europejski Formularz Informacji o Naprawie. Serwis wydający taki dokument przedstawia jasną cenę, przewidywany czas i warunki naprawy, którymi jest związany przez 30 dni od jego wystawienia.
Priorytet dla naprawy i sprzęt odnowiony: W ramach unijnych zmian położono nacisk na wybór naprawy jako pierwszorzędnej i najbardziej ekologicznej opcji usuwania wad. Wybór naprawy w czasie rękojmi wydłuży ochronę o 12 miesięcy. Jeśli naprawa okaże się niemożliwa, konsument ma mieć łatwiejszy dostęp m.in. do certyfikowanego sprzętu odnowionego (refurbished).
Wdrażane Prawo do Naprawy to milowy krok w stronę gospodarki obiegu zamkniętego. Choć polski ustawodawca kończy proces dostosowywania przepisów krajowych do unijnej dyrektywy, kierunek zmian jest nieodwracalny: konsumenci zyskają realny wybór i oszczędności, a era “jednorazowego AGD” powoli staje się przeszłością.
Sama decyzja o kupnie budynku dawnej szkoły w niewielkiej wsi na Mazowszu została podjęta dość spontanicznie, chociaż pomysł na znalezienie domu chodził po ich głowie od kilku lat. Rafał razem ze swoim partnerem Michałem chcieli wynieść się z bloku do większej przestrzeni, ale nie potrzebowali niczego na już. Uznali, że jeśli trafią na coś odpowiedniego, to po prostu to kupią.
Okazja pojawiła się tuż po Wielkanocy w ubiegłym roku. W czasie powrotu ze świąt z rodzinnego Płocka w kierunku Mławy uznali, że przejadą się okolicznymi wioskami, trochę poza główną trasą. Zupełnie przypadkowo, gubiąc się kilkukrotnie po drodze, trafili do miejsca, które teraz jest ich domem.
DLA CIEBIE
Majsterkowa szefowa odc. 3 – Pokój ucznia. Jak stworzyć przestrzeń do nauki i odpoczynku?
8000 mkw. działki za 350 tys. zł. “To musi być nasze”
– Pamiętam, że przejechaliśmy przez niewielki lasek, droga była bardzo kręta i nagle wjechaliśmy w szpaler brzóz, które dopiero rozkwitały. Powiedziałem wtedy do Michała: “zobacz, jaka piękna wieś, jak fajnie byłoby tu znaleźć jakiś dom.” I nagle, po lewej stronie, wyłonił nam się stary, ceglany budynek – opowiada Rafał Chmielewski.
Jak dodaje, mieli sporo szczęścia, bo przy domu stał wujek ówczesnej właścicielki. Zapytali od razu, czy budynek jest na sprzedaż. – Usłyszałem, że to własność córki jego siostry i że może dać nam numer telefonu. Poza tym, jeśli chcemy, to możemy ten dom zobaczyć, bo ma klucze. Obejrzeliśmy dom i przeszliśmy po ponad 100-letnim sadzie z leszczynami, klonami, jesionami. Pomyślałem sobie: “To musi być nasze” – wspomina.
Po tym, jak po raz pierwszy zobaczyli dom, Rafał od razu skontaktował się z właścicielką. Okazało się, że dostała ten budynek w spadku po babci. Podała też od razu cenę – 350 tysięcy złotych za 8000 mkw. działki z domem, oborą, mniejszymi budynkami gospodarczymi i ogromną zieloną przestrzenią z sadem. Po kilku spotkaniach i ponownym obejrzeniu domu ostatecznie zdecydowali się na kupno. W czerwcu ubiegłego roku byli już oficjalnie właścicielami ogromnego terenu z zabytkowym budynkiem dawnej szkoły.
Sama historia tego miejsca jest ciekawa. Najpierw w tym miejscu stał drewniany dwór należący do rodziny Kuleszów. Z czasem budynek rozebrano, a w 1928 r. postawiono w jego miejscu nowy budynek, w którym przez ponad 10 lat mieszkał syn dziedzica Kuleszów razem z rodziną. Mury dworku z początku XX wieku zachowały się do dzisiaj – w tym roku mija prawie sto lat, odkąd postawiono pierwszą cegłę.
W 1939 r. wybuchła wojna, więc cała rodzina Kuleszów musiała uciekać. Dom zajęli i ograbili Niemcy, potem Rosjanie. Już po wojnie, w latach 50., wszystko trafiło do Skarbu Państwa. W latach 60. gmina podjęła decyzję o założeniu w tym miejscu szkoły. Jako placówka edukacyjna budynek funkcjonował jednak zaledwie przez kilka lat. Kiedy szkołę zamknięto, cały teren kupił ówczesny dyrektor placówki, który zamieszkał tu ze swoją rodziną. To był dziadek właścicielki, od której Rafał z Michałem kupili działkę.
Czy okoliczni mieszkańcy pamiętają jeszcze dawną placówkę? – Chyba pół wsi chodziło do tej szkoły. Jadąc do okolicznego sklepu, spotykam ludzi, którzy mówią: “o, moja mama się tu uczyła, fajnie, że pan to kupił” – opowiada Rafał.
Jak dodaje, przy ich domu stoi obora, która kiedyś służyła jako świetlica. – Dowiedziałem się, że odbywały się tu kiedyś imprezy wiejskie i spotkania okolicznych mieszkańców. Nawet myśleliśmy o tym, żeby kiedyś tę oborę wyremontować i przygotować tu kino letnie dla wnuków czy prawnuków tych osób, co kiedyś chodziły tu do szkoły – mówi.
11 miesięcy remontu. “Ze zmęczenia kilka razy zemdlałem”
Rafał z Michałem ruszyli z pracami remontowymi kilka miesięcy po tym, jak kupili działkę. Cel był jasny – jak najszybciej ukończyć cały proces i zmieścić się w założonym budżecie. Metamorfoza wymagała sporo pracy i zmian w budynku. Zostały wyburzone wszystkie ściany wewnętrzne, został zdjęty dach, rozebrany stuletni strop i zerwane wszystkie podłogi.
– Z zewnętrznego budynku zostały tylko mury. Oczywiście z zachowaniem pierwotnego wyglądu. Cała reszta musiała zostać wymieniona lub zrobiona od nowa – wszystkie instalacje, woda, kanalizacja, centralne ogrzewanie, nowe okna, nowe wylewki, nowe posadzki. Musieliśmy też udrożnić studnię. Na koniec czekało nas wykończenie wnętrz – wymienia Rafał Chmielewski.
Jakie problemy pojawiły się po drodze? Cały proces był bardzo intensywny, ale największy problem pojawił się z dachem. W pewnym momencie okazało się, że drewno zostało położone w niewłaściwy sposób. Było duże ryzyko, że zimą dach będzie się wyginać pod naporem tego śniegu. – Od razu zadzwoniłem do wykonawcy i powiedziałem, że ma jeden dzień na poprawienie tego, bo kolejnego dnia przyjeżdżają z pianą. Postawiłem sprawę jasno: “nie interesuje mnie, jak to zrobią, ale to ma być zrobione”. Tu nie ma miejsca na miękką grę – wspomina.
Dodaje, że te 11 miesięcy to był bardzo trudny czas, okupiony stresem, frustracją i nierzadko wycieńczeniem. – W pewnym momencie to wszystko jakoś mnie przerosło. Byłem tak bardzo zmęczony całą sytuacją, remontem, pracą, że kilka razy zemdlałem na budowie. Czasem trudno mi uwierzyć, że mamy to wszystko za sobą, a ten do niedawna stary budynek jest już naszym domem – przyznaje.
Ponad 1 mln zł za metamorfozę domu metodą gospodarczą
Najczęściej pojawiające się pytanie w sprawie tej metamorfozy brzmi: ile to łącznie kosztowało? Rozmówca odpowiada, że za remont z pełnym wykończeniem domu o powierzchni 340 mkw. plus zagospodarowanie przestrzeni na zewnątrz zapłacili ponad 1 mln złotych. Łącznie, na kupno działki i całą metamorfozę, wydali 1,5 mln złotych.
Właściciel domu przyznaje, że często słyszy od znajomych, że niewiele zapłacili za cały remont, biorąc pod uwagę aktualne ceny nieruchomości. – Ostatnio znajomy powiedział mi: “Przecież to prawie nic was nie kosztowało. My chcieliśmy teraz kupić mieszkanie w Olsztynie. Za 100 metrów mieszkania w stanie deweloperskim wychodziło 1,1 mln zł. A jeśli doliczy się do tego wykończenie, to wyjdzie podobny koszt jak u was. Przy czym wy macie ogromny dom z działką” – opowiada.
Rafał Chmielewski wyjaśnia, że gdyby budowali to systemem typowo inwestorskim, czyli zamówili firmę, która to wszystko robi, to koszt byłby znacznie wyższy. – Postawiliśmy na metodę gospodarczą – sporo robiliśmy sami, pomagali nam też rodzina, znajomi. Nie korzystaliśmy z usług dużych firm, ale bardziej z pomocy okolicznych mieszkańców, którzy mają mniejsze firmy. Mieliśmy też trochę współprac reklamowych, dzięki czemu zaoszczędziliśmy na niektórych materiałach – tłumaczy. Dodaje, że na remont musieli wziąć kredyt, dlatego zależało im, aby jak najszybciej skończyć całą inwestycję i zacząć spłacać pełne raty.
340 mkw. nowoczesnego domu z historią w tle
Po 11 miesiącach intensywnej pracy powstał dom o powierzchni 340 mkw., który jest połączeniem nowoczesności z historią. W środku znajdziemy 3 sypialnie, 4 łazienki, salon, kuchnię w stylu angielskim z jadalnią, spiżarnię, biuro, garderobę i specjalną przestrzeń dla gości. Wnętrza zostały urządzone pod okiem architektki. Do tego piękny teren dookoła, sad, a nawet kurnik.
– Bardzo pomogła nam moja bratowa, która zaprojektowała wnętrza domu. Dużo rozmawialiśmy na temat stylu, jaki chcielibyśmy mieć, wysyłaliśmy różnego rodzaju inspiracje. Finalnie udało się wszystko zrobić tak, jak sobie wymarzyliśmy – opowiada Rafał.
Jak dodaje, w czasie metamorfozy domu nie chcieli całkowicie pozbywać się historii. Zależało im na zachowaniu wszystkiego, co się da. – Ponad stuletnie drewno, które pozostało nam po remoncie z podłóg czy ze stropu, zostało odrestaurowane i wróciło na ściany, blaty czy parapety. Historię widać też w drewnianej mozaice w łazience czy w belce nad kominkiem. To, co nam jeszcze zostało, będziemy wykorzystywać na przykład do budowy wiaty garażowej – dodaje.
Właściciel domu podkreśla, że zakochał się w historii tego miejsca. Dlatego nie chciał burzyć całego budynku i stawiać go od nowa. Wolał pozostawić dawne mury i stworzyć nowoczesny dom z historią.
– Z elewacją kompletnie nic nie robiliśmy. Musimy ją tylko na zimę trochę zabezpieczyć. Teraz, jak wychodzę na zewnątrz i dotykam tej cegły, która była częścią tego domu od samego początku, to czuję jakąś magię. I myślę sobie, że przykryć coś takiego styropianem to jakiś żart – tłumaczy.
Marzenie o metamorfozie domu. Czy to dla każdego?
Rafał przyznaje, że zakończony projekt metamorfozy domu to wspaniałe uczucie, ale cały ten proces wiązał się z ogromnym zmęczeniem, frustracją i łzami. Każdy, kto na coś takiego się zdecyduje, musi przygotować się na bardzo trudny i intensywny czas.
– Przechodziłem przez wszystkie stany emocjonalne, które były możliwe. Począwszy od szczęścia i euforii, przez łzy, smutek, zażenowanie, wszystko po prostu – wspomina. Jak wyjaśnia, taki remont wymaga ogromnej determinacji, konsekwencji i stawiania na swoim, jeśli chce się go przeprowadzić w krótkim czasie.
– To może trwać latami. Tylko wtedy finał jest taki, że jesteśmy tak zmęczeni tym procesem budowy, że nie jesteśmy w stanie normalnie funkcjonować. Dlatego naszym celem było ukończenie tego remontu jak najszybciej. Udało się w 11 miesięcy. Chociaż muszę przyznać, że ten rok dał nam bardzo mocno w kość – dodaje.
Czy z perspektywy czasu zrobiliby coś inaczej? – Niczego byśmy nie zmienili. Naprawdę udało się wszystko zrealizować tak, jak chcieliśmy. I cieszę się, że udało się to zrobić w tak krótkim czasie. Nie marzyliśmy o stworzeniu idealnego domu, tylko takiego, do którego będziemy chcieli wracać. I to się udało – podsumowuje.
Najbardziej imponują fotografie z setkami drobnych grzybów rozłożonych do obróbki. Na jednych zdjęciach widać dorodne prawdziwki oraz podgrzybki, na innych siedzunia sosnowego, który jest świetnym dodatkiem do jajecznicy. Większe grzyby pewnie poszły już do suszenia, a mniejsze wylądowały w sosie lub zupie grzybowej. Mapy dla grzybiarzy pokazują, że tym razem w weekend najwięcej owocników pojawiło się na Śląsku, Pomorzu i w województwie opolskim.
WIDEO
Rolada z udek kurczaka z kurkową pastą i sosem. Prawdziwa uczta dla podniebienia
W tych regionach grzybobranie było wyjątkowo udane
Raport zamieszczony w serwisie sezonnagrzyby.pl pokazuje, że najwięcej grzybów w ciągu ostatnich 7 dni było na terenie powiatu tarnogórskiego w województwie śląskim. Zgłoszono tu 53,4 kg owocników, a w całym województwie 142 kg, a w zbiorach są głównie podgrzybki brunatne, maślaki sitarze, borowiki szlachetne i koźlarze babki.
Drugie w kolejności jest Pomorze ze zbiorami o wadze niemalże 92 kg. W tym regionie najwięcej zgłoszeń pochodzi z powiatu chojnickiego (48,4 kg). W koszach również przodują podgrzybki brunatne, borowiki szlachetne i koźlarze, ale tuż za nimi znajdują się zbiory złotoborowika wysmukłego, nazywanego również borowikiem amerykańskim.
W województwie opolskim zgłoszono ponad 90 kg owocników, najwięcej z powiatu strzeleckiego (64,3 kg). Meldunki dotyczyły przede wszystkim podgrzybka brunatnego, borowika szlachetnego, maślaka zwyczajnego i koźlarza babki.
W sumie w tym tygodniu przybyło 250 zgłoszeń, czyli o 33 proc. mniej niż w poprzednim tygodniu. Mimo wszystko, jak pokazują zdjęcia w komentarzach pod naszym postem na Facebooku, wielu Polaków jest zadowolonych z grzybobrania.
Co znalazło się w koszach naszych czytelników?
W komentarzach dominują przede wszystkim grzyby z gąbką pod kapeluszem – na zdjęciach widać dorodne borowiki szlachetne, a także liczne podgrzybki brunatne. To właśnie one najczęściej trafiają do suszenia, ponieważ w ten sposób zachowują intensywny, leśny aromat. Wśród zbiorów można zauważyć również koźlarze, rozpoznawalne po smuklejszych trzonach z ciemnymi łuskami.
Nie zabrakło też maślaków, które wyróżniają się śliskimi, brązowymi kapeluszami i dobrze sprawdzają się w sosach oraz marynatach. Na kilku fotografiach pojawiają się kurki– żółtopomarańczowe grzyby o charakterystycznym owocowym zapachu, które uwielbiamy dodawać do jajecznicy lub sosów.
Na zdjęciach widać też siedzunia sosnowego, nazywanego potocznie szmaciakiem lub kozią brodą. Owocnik ma charakterystyczną, mocno pofałdowaną formę przypominającą gąbkę albo kalafior, dlatego trudno pomylić go z typowymi grzybami kapeluszowymi. Najczęściej rośnie u podstawy sosen, a po dokładnym oczyszczeniu świetnie nadaje się do zupy, sosu albo duszenia z masłem i cebulą.
Ta szarlotka wyraźnie różni się od tradycyjnej wersji, którą najczęściej piecze się na kruchym spodzie i przykrywa drugą warstwą ciasta. Tutaj podstawą jest lekki i miękki biszkopt, który dobrze łączy się z podsmażonymi jabłkami. Całość wieńczy kremowa warstwa bitej śmietany, co sprawia, że deser przypomina elegancki tort, a jednocześnie zachowuje dobrze znany smak domowej szarlotki.
WIDEO
Naleśniki jak szarlotka z budyniem i chrupiącą kruszonką. Smakują wybornie
Jak przygotować jabłka na szarlotkę królewską
Wiele osób zagęszcza jabłka galaretką, ale ja wolę prostszy wariant, bez dodatkowych składników. Jabłka smażę z masłem, cukrem i cynamonem, a gdy zmiękną, dokładnie odlewam powstały na patelni sos. Dzięki temu owoce zachowują przyjemną, ale bardziej zwartą konsystencję i spływają z biszkoptu.
Taki aromatyczny sos nie ląduje w zlewie, tylko po całkowitym wystudzeniu dodaję go do bitej śmietany. W ten sposób uzyskuję wyjątkowy krem o delikatnym jabłkowo-maślanym smaku. Ciasto po wierzchu możesz posypać mielonym cynamonem lub wiórkami ze startej czekolady. Od razu po złożeniu wstaw szarlotkę do lodówki, aby warstwy nabrały gęstości i spójności.
Przepis na szarlotkę królewską z bitą śmietaną
Na biszkopt przygotuj kwadratową formę o boku długości ok. 24 cm. lub tortownicę o średnicy ok. 26 cm. Sos jabłkowy musi być zupełnie zimny przed połączeniem go ze śmietaną, inaczej krem może stracić puszystość.
Składniki na biszkopt:
4 łyżki mąki pszennej,
1 łyżeczka proszku do pieczenia,
4 jajka,
4 łyżki cukru,
szczypta soli.
Dodatki:
1,5 kg jabłek,
2 łyżki cukru,
1/4 łyżeczki cynamonu,
2 łyżki masła,
500 ml śmietanki 30 lub 36 proc.
Do dekoracji: mielony cynamon lub starta czekolada.
Sposób przygotowania:
Mąkę przesiej do miski i wymieszaj z proszkiem do pieczenia.
Sięgnij po jajka i oddziel żółtka od białek. Białka ubij z cukrem i szczyptą soli na sztywną pianę.
Wyłącz mikser i ostrożnie wmieszaj żółtka, a następnie łyżka po łyżce mąkę wymieszaną z proszkiem.
Przełóż masę do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Wstaw do piekarnika rozgrzanego do 160 stopni Celsjusza na 35 minut.
Przed wyjęciem sprawdź drewnianym patyczkiem, czy ciasto jest dopieczone w środku. Jeśli tak, wyjmij i odstaw do wystygnięcia.
Na patelni roztop 2 łyżki masła. Wrzuć pokrojone w większą kostkę jabłka, dodaj cukier i szczyptę cynamonu, smaż do miękkości.
Przełóż jabłka do miski, zostawiając sos po smażeniu. Zlej go do osobnego naczynia i odstaw do całkowitego wystygnięcia.
Przestudzone jabłka połóż na biszkopt.
Ubij śmietanę i wymieszaj z zimnym sosem maślano-jabłkowym. Połóż na jabłka.