Droga do Bolesławca. Przy drodze billboard, ogromny napis “Zakład Pogrzebowy dla Zwierząt”. Na ich facebooku obietnica: z miłością i szacunkiem. Dwa lata temu, gdy weterynarka zabierała mi spod dłoni nadal ciepłe ciało P., miękkie, ale już bezwładne, wiedza, że takie miejsca istnieją, mogła odmienić moją żałobę.
We wrześniu minęło 10 lat, odkąd Piotr wraz z siostrą prowadzą Zakład Pogrzebowy Dla Zwierząt APDO w Bolesławicach. Tylko oni używają nazwy “Zakład Pogrzebowy”. – Ludzie pukali się w głowę, mówili, że to wstyd. A my nie chcieliśmy chować się za niejednoznacznymi nazwami. Bo przecież jesteśmy zakładem pogrzebowym – mówi Piotr. Oznaczyli karawan, mają ubrania z logo i dużymi napisami. Oswajają ludzi, choć zdarzało się, że klienci prosili, by samochodem nie podjeżdżać po ciało pod sam dom. Bo co sąsiedzi powiedzą. Ale świadomość rośnie, a oferta zakładu ciągle się modyfikuje – głównie po rozmowach z klientami. W zeszłym roku pojawiła się możliwość towarzyszenia podczas zabiegu eutanazji w imieniu właściciela. Piotr był przy dwóch. – Pies pilnował działalności pewnej firmy. Zaniedbany, nieodpowiednio karmiony. Gdy stracił wzrok, właściciel zadzwonił do nas: “Albo go zabieracie, albo inaczej się go pozbędę”. Miał gościa, co za 5 dych załatwiłby sprawę siekierą. Przyjechaliśmy, wzięliśmy psa do weterynarza. Wyniki badań nie dały mu szans. Najbardziej pamiętam, jak ten pies w gabinecie walczył. Tak jakby chciał za wszelką cenę udowodnić, że jeszcze nadaje się do tej roboty. Takie historie w człowieku zostają – mówi. Druga eutanazja dotyczyła ukochanego pieska 80-latki. Stareńki, mocno schorowany. Nie była w stanie, nie poradziłaby sobie z tym. – Załatwiła całą niezbędną dokumentację weterynaryjną, pojechała z nami do lecznicy. Podpisała wszystko, pożegnała się. My zostaliśmy z pieskiem do końca, zajęliśmy się wszystkim. Ta usługa wynikła z potrzeby. Cennik i tak nie obejmie wszystkich historii życiowych – ucina.
Nadal sięgam czasem po sweterek P. Grzał ją w jesień, trzeba było uważać na nerki. Jest w nim jeszcze trochę zapachu, albo sobie go wyobrażam. Najgorsze były próby pozbycia się ulubionego legowiska. Zamiast schylić się i je wyrzucić, nie wiedzieć jakim cudem znajdowałam się w nim cała. Skulona. Dużo wtedy płakałam.
Cmentarz i krematorium dla zwierząt “Tęczowy Most” w Szymanowie to pionierzy w naszym kraju. Właściciele, małżeństwo Tomasz i Marzena, przetarli ścieżki dla reszty cmentarzy dla zwierząt w kraju. – Dziesiątki ekspertyz, odwiertów geologicznych, operaty środowiskowe, a nawet tak egzotyczne zaświadczenia, jak to, że Państwowa Straż Pożarna lub Nadleśnictwo nie widzą przeszkód dla prowadzenia naszej działalności, dużo stresów, tysiące kilometrów i dwa, w całości poświęcone sprawom urzędowym lata, że o ogromnych kosztach nie wspomnę – wymienia Tomasz. Ale udało się w 2003 roku. Dziś jest tam pochowanych ok. 600 zwierząt: od rybek akwariowych po ponad stukilogramowe psy. – Jest wiele możliwości pochówku – mogiły tradycyjne różnej wielkości, groby rodzinne, grobowce, kolumbarium, Park Pamięci – wymienia. Umowy zawierane są na określony czas, który można przedłużać. Od 2004 roku działa także krematorium. Na stronie internetowej z czułością wymienione są wszystkie możliwości: pochowanie ukochanego przyjaciela w ulubionym kocyku, dostosowanie wyglądu mogiłki. Tak, żeby było wygodnie, żeby w ostatniej drodze pupila niczego mu nie brakło.
Było wsparcie, telefony od przyjaciół. G. przez kilka godzin nie odstępowała mnie na krok. Ale zmierzyć się z ciszą po przekroczeniu mieszkania musiałam sama. Słyszałam charakterystyczne chrumknięcia P. przez pół roku po jej śmierci. Co noc. Do dziś starannie omijam miejsce, w którym stały miski. Żeby nie rozlać niewidzialnej wody. Pamięć mięśniowo-szkieletowa.
Cmentarz wbrew temu, z czym się kojarzy, jest jak nazwa: tęczowy. Na wietrze kręcą się wiatraczki, groby przystrojone są kolorowymi lampionami, kwiatami, ułożone są urocze zabawki. Są ławeczki. Napisy na tablicach opatrzone są osobistymi wyznaniami tuż pod imionami: “Pa, skarbie”. “Śpij, Pikusiu, śpij”, “Nasza iskierka”, “Kochamy i tęsknimy”. Dla właścicieli możliwość regularnych odwiedzin, dbania o grób to ważny element przechodzenia żałoby. Gdy po długiej chorobie odeszła Hercia – ukochana suczka pana Ryszarda, przez 8 lat, każdego dnia, niezależnie od pogody, odwiedzał jej mogiłę. Próbując przebrnąć przez własną rozpacz, stał się wsparciem dla innych po stracie. Gdy odszedł, właściciele cmentarza upamiętnili go specjalną tabliczką. – Przy mogile Herci, na ławeczce, gdzie zawsze siadał pan Ryszard, umieściliśmy tablicę pamiątkową i zawsze płoną tam znicze, zapalane przez właścicieli innych zwierząt. Wszyscy wierzymy, iż wreszcie odnalazł spokój i razem z Hercią biegają po tęczowych łąkach – mówi Marzena.
Moment płacenia za eutanazję i kremację wyparłam, nie pamiętam. Za to po wyjściu, przed gabinetem, ściskając w ręku szelki przepraszałam klientów. Że wepchałam się w kolejkę. Że stworzyłam opóźnienie. Że nie wiedziałam, nie planowałam. Opuchnięte oczy drażniło słońce.
Skojarzenie z ludzkim pochówkiem jest oczywiste. Wynika z podobnie głębokich jak ludzkie relacji, jakie nawiązują się ze zwierzętami. Właściciele znajdują w nich powierników, najwierniejszych towarzyszy. Uczą się od nich bezinteresownej miłości. Słowo “przyjaciel” przestaje mieścić w sobie wszystko, co znajdują w pupilu. Ale w wielu osobach zbliżone do ludzkiego ostatnie pożegnanie zwierząt budzi odrazę, gniew i wrogość. – Oberwało nam się za używanie w spotach na facebooku określenia “umieranie” w kontekście zwierząt. Wyzwiska, groźby, wiadro pomyj. Kasowałem komentarze, blokowałem – mówi Piotr. Z jego obserwacji wynika, że to najczęściej starsze osoby. Posługują się kościołem jako orężem: “to Jezus umarł na krzyżu, zwierzę zdycha”. Wyzywają od szatanów, szydzą. A Piotr pyta: czy klient, któremu jego pies uratował w górach życie ma powiedzieć, że on “zdechł”? Czy w obliczu utraty jednej z najważniejszych postaci codziennego życia da się w ogóle użyć takiego słowa?
Chorowała niemożliwie dużo. Weterynarka znała mój numer. Na jej imię śmiała się do słuchawki: “co tam znowu nawyprawiała?”. Podawałam tabletki, poprawiałam kołnierz. Odmierzałam antybiotyki, przemywałam oczy, łapy, nos. I tak nie umarła na żadną z tych infekcji. W nocy zaczęła tracić władzę w łapach. Potem doszedł oczopląs. Rano wiedziałam już, że z lecznicy wrócę bez niej.
Wielu właścicieli próbuje szykować się na stratę. Jeszcze gdy pupil żyje i ma się dobrze piszą, dzwonią. Pytają. By w obliczu tragedii nie być dzieckiem we mgle. Na stronie APDO jest nawet specjalny formularz. Można anonimowo wypytać o wszystko, można opowiedzieć o obawach, napisać coś o ukochanym przyjacielu. Z pełną ochroną, brakiem komentarzy, ocen. Tęczowy Most odbiera z kolei telefony. Opiekunowie chcą znać procedury, koszty. A te nie są zaporowe. Kilkaset złotych, w zależności od opcji, za kremację. Można zjawić się na niej, pożegnać, upewnić się, że wszystko jest jak należy. Potem zabrać prochy w urnie do domu wraz ze specjalnym certyfikatem. Albo rozsypać je w ważnym miejscu. Lub pochować tradycyjnie. Ci zamożniejsi mogą z prochów ukochanego zwierzęcia stworzyć prawdziwy diament.
Prawda jednak jest bolesna i niewygodna, niezmienna bez względu na gatunek: na śmierć nie da się w pełni przygotować. Przynajmniej nie emocjonalnie. – Odsunęliśmy się od śmierci, wypędziliśmy ją. Wykształciliśmy się w tym, aby ratować życie, przedłużać je suplementami, badać, operować, opiekować się. Dbać. W tym jesteśmy mistrzami. Ale gdy człowiek lub ukochane zwierzę umiera, jesteśmy zagubieni. Nie potrafimy sobie ze śmiercią poradzić, bo nie zapewniamy jej ani skrawka przestrzeni w życiu. Przez to żałoba trwa dłużej. Ale też pokazuje ogrom miłości, który wlaliśmy w to życie, które się skończyło – mówi Piotr.
Musiałam nauczyć się spać. Przetłumaczyć sobie, że nie trzeba już robić miejsca dla P. Nauczyć się własnego mieszkania na nowo. Bez jej kroków, sierści. Przestać wyszarpywać okruchy jej obecności. Po 11 wspólnych latach zgodzić się na jej brak.
1 listopada na cmentarzu “Tęczowy Most” jest najbardziej gwarno, kolorowo w roku.
– Mogiłki odwiedzają wtedy całe rodziny wraz z pupilami i dziećmi i jest to święto pełne wspomnień i rozmów z innymi właścicielami – mówi Marzena. Bo to dzień pamięci o tych, którzy odeszli. Bez względu na to, jaki gatunek reprezentują.
Leave a Reply